Czuję się szczęściarą – rozmowa z Patricią Clarkson

„Kobiety nie są już na drugim planie, przedstawiane wyłącznie jako towarzyszki mężczyzn, ale pojawiają się w samym centrum. Co ważne, dotyczy to kobiet w różnym wieku, różnego pochodzenia. Nie ma co ukrywać, że potrzebujemy odrobiny pomocy w tym przemyśle. A wiele filmów ostatnio udowadnia, że bohaterkami wcale nie muszą być młode, piękne dziewczyny. Ludzie chcą też oglądać historie dojrzałych kobiet” – mówi Patricia Clarkson

Powodem naszego spotkania był film Party, nowe dzieło cenionej angielskiej reżyserki Sally Potter. „To mocna, czarna komedia. Ostatnio nie ma zbyt wiele takiego kina” – przekonywała Clarkson. Aktorka jakby żywcem wyjęta z tego gatunku, bo uśmiech przez całą rozmowę nie schodził jej z twarzy. Party od 5 stycznia będzie można zobaczyć w polskich kinach. 

Lubisz oglądać się na ekranie?

Szczerze mówiąc, nienawidzę (śmiech). Dlatego dobrze było zagrać w filmie, który nie ma jednego głównego bohatera, a jest nim cała grupa. Na planie Party spotkałam nie tylko znakomitych, różnorodnych aktorów, ale przede wszystkim świetnych ludzi. Byli tu przecież Cillian Murphy, Bruno Ganz, Kristin Scott Thomas czy Timothy Spall. Każdy z odtwarzanych przez nich bohaterów jest na swój sposób mroczny, znalazł się w jakiejś pułapce, z której nie potrafi się wykaraskać. Podkreśla to dodatkowo ekranowa czerń i biel, która nadaje wydarzeniom waloru metafory. Zastanawialiśmy się, czy Brexit sprawił, że jest ona jeszcze bardziej aktualna, ale doszliśmy do wniosku, że tak naprawdę wszystko zawarte było w scenariuszu, już kiedy czytaliśmy go po raz pierwszy. Upewniło mnie to tylko w przekonaniu, że to taki film, który Sally bardzo chciała zrobić.

Jak scharakteryzowałabyś Sally Potter jako reżyserkę?

Początkowo z każdym z nas pracowała osobno. Z uwagi na różne inne zobowiązania wiele rozmów odbywaliśmy przez Skype’a. Spotkaliśmy się dopiero przed samym planem. Dla aktora Sally jest świetną reżyserką, bo widać, że go szczerze kocha. Na planie była bardzo ciepła atmosfera, choć jednocześnie czuło się twardą rękę. Ona naprawdę wiele od nas wymagała. Lubię sytuacje, kiedy nie jestem zbyt pewna. I gdy rola wymaga ode mnie jakiejś wewnętrznej zmiany. Chodziło przecież nie o to, żeby ekranowa April stopniowo stawała się mną, ale żebym ja stawała się moją bohaterką.

Często zdarzają ci się takie role?

Czasami. Wychodzę z założenia, że jesteśmy na planie po to, by służyć reżyserowi i wypełniać jego wizję. Sally wielokrotnie mówiła mi, że ta postać ma w sobie nieco brutalności, dlatego nie mogę się przed tym wzdragać. Byłam zmuszona, by wejść w jej skórę i poczuć się w tym wszystkim komfortowo. By móc, jak to często aktorzy mówią, płynąć. Nie chodzi o to, by oceniać swojego bohatera czy w związku z jego zachowaniem być nieśmiałym. Takie rzeczy nie ujdą uwagi reżysera. Sally wyłapuje każdy moment, każdy gest. To przydatne, ale uwierz mi, w trakcie pracy wcale nie jest takie łatwe dla aktora. Poza tym nigdy w życiu nie spotkałam jeszcze takiego mężczyzny jak mój filmowy partner. W jego rolę wciela się świetny niemiecki aktor Bruno Ganz. Choć może wydarzy się to dziś, bo noc jeszcze młoda (śmiech).

Lubisz takie fizyczne role, które wiele wymagają od twojego ciała?

Jeden z moich nauczycieli aktorstwa powiedział kiedyś, że ciało nigdy nie kłamie. Niby prosta sentencja, ale szalenie prawdziwa. Dostałam tego dowód, chociażby kiedy współpracowałam z Woodym Allenem, ale i w tym przypadku. Zabawnie jest opowiadać historię choćby poprzez tak drobne gesty jak krzyżowanie nóg. Ciekawie też zobaczyć aż tyle ciał w ruchu. To wcale tak często się nie zdarza. Party kręciliśmy w ciągu dwóch tygodni. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się pracować w takim tempie. Nakręciłam kiedyś film w trzy tygodnie, ale było to prawdziwe szaleństwo.

Czyli presja i stres towarzyszył wam każdego dnia?

Siłą rzeczy wiązała się z tym spora presja, choć moim zdaniem to zdrowe. Non stop trzeba było być skupionym. Nie mieliśmy czasu na siedzenie i opowiadania sobie anegdotek, a takie rzeczy są codziennością planu filmowego. Musieliśmy szybko podejmować decyzje, bo nie było czasu, żeby coś poprawiać. Z taką sytuacją poradzić sobie może wyłącznie dobry reżyser, który doskonale wie, o co mu chodzi. Zaręczam ci, że nie jest to wcale regułą. W tym filmie w zasadzie w ogóle nie improwizowaliśmy. Staraliśmy się jak najszybciej wejść w skórę bohaterów, co oznaczało, że bez względu na nasze życiowe problemy musieliśmy myśleć i czuć w określony sposób. To zawsze stanowi spore wyzwanie. Przemawianie nieco innym głosem nigdy nie jest łatwe ani bezpieczne.

Podejmowanie ryzyka definiuje cię jako aktorkę?

Mam nadzieję, że za każdym razem, kiedy decyduję się na jakąś rolę, podejmuję ryzyko. Bycie w swojej strefie komfortu na dłuższą metę nie jest zbyt interesujące. Sytuacja, kiedy patrzysz na scenariusz i stwierdzasz: „OK, mogę to zrobić bez wysiłku”, może być trochę nudna. Tym, co definiuje artystę, jest stawianie przed sobą kolejnych wyzwań. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to banalnie, ale taka właśnie jest prawda. W innym wypadku mija się to z celem. Nie może być zbyt prosto. Stawka jest wysoka. W tym wypadku musieliśmy postawić się w zupełnie nowych sytuacjach. Poza tym nigdy wcześniej ze sobą nie graliśmy. Ale chyba każdy z nas lubi podejmować ryzyko, więc jesteśmy do siebie podobni. Lubię takie przygody.

Rozmawiamy o takim momencie w twojej karierze, gdzie w ogóle sporo grasz u reżyserek.

Pracuję właśnie przy nowym filmie hiszpańskiej reżyserki Isabel Coixet. Miałam okazję spotkać się z nią na planie kilka lat temu w filmie „Elegia”. Tym razem nie gram dużej roli, ale traktuję to jako rodzaj przyjacielskiego zobowiązania. Współpracuję też z twoją rodaczką Agnieszką Holland przy kolejnym sezonie House of Cards. Agnieszka jest… (tu zaczyna się głośno śmiać – przyp. aut.). Ona jest taka zabawna, ale w bardzo inteligentny sposób. Czuję się zaszczycona możliwością pracy z tak wspaniałymi kobietami. U nich mam szansę dostać naprawdę ciekawe i złożone role.

Pracę przy filmach przeplatasz rolami w telewizyjnych serialach.

Bardzo lubię krótkie seriale, które nie mają dużej liczby odcinków w ramach jednego sezonu. Pracujesz przy nich, powiedzmy, cztery miesiące w roku, a resztę czasu możesz poświęcić na inne rzeczy, w kinie bądź w teatrze. Myślę, że to jeden z czynników, dla których tak wielu świetnych aktorów tym się interesuje. Z drugiej strony mam wielki szacunek dla ludzi mogących poświęcić dziewięć czy dziesięć miesięcy w roku na granie jednej postaci. Ja nie byłabym w stanie tego zrobić. Bez względu na to, jaka kwota wpłynęłaby później na moje konto.

Wspomniałaś o współpracy z Isabel Coixet i Agnieszką Holland. Ale to chyba niejedyne projekty, w których będzie można cię zobaczyć w niedługim czasie?

Pracowałam teraz też nad filmem Billa Olivera Jonathan, w którym grałam dużą rolę. To bardzo ciekawy debiut. Mam wrażenie, że reżyser jest talentem czystej wody. Poza tym, jak wspomniałam, współpraca z Coixet czy Holland i kilka innych, mniejszych projektów. Jak widzisz, jestem dość zajętą kobietą (śmiech). Być może wydarzy się jeszcze coś dużego, ale póki co nie mam podpisanego kontraktu, więc za wcześnie, by o tym mówić. Czuję, że jestem szczęściarą, choć łapię się jednocześnie na tym, żeby uważać, o czym się marzy. Mam tak dużo pracy, że odnoszę wrażenie, iż od trzech lat jestem w permanentnym maku-upie. Uwielbiam jednak pracować z ciekawymi, inteligentnymi i utalentowanymi ludźmi. Kiedy proponują mi rolę, po prostu nie mogę powiedzieć „nie”.

Masz wrażenie, że ostatnimi czasy jest coraz więcej ciekawych i złożonych kobiecych ról w kinie?

Zdecydowanie. Jest ich dużo więcej niż kiedyś. Cieszę się, że jestem tego świadkiem. Myślę, że ważną rolę odegrał swoisty powrót do korzeni, czyli ponowny rozwój kina niezależnego. Kobiety nie są już na drugim planie, przedstawiane wyłącznie jako towarzyszki mężczyzn, ale pojawiają się w samym centrum. Co ważne, dotyczy to kobiet w różnym wieku, różnego pochodzenia. Nie ma co ukrywać, że potrzebujemy odrobiny pomocy w tym przemyśle. A wiele filmów ostatnio udowadnia, że bohaterkami wcale nie muszą być młode, piękne dziewczyny. Ludzie chcą też oglądać historie dojrzałych kobiet. To siła niezależnego kina, które dzisiaj ma się świetnie. Popatrz chociażby na ostatnie Oscary i listę nominowanych. Było tam przecież wiele małych filmów, jak Moonlight Barry’ego Jenkinsa czy Manchester by the Sea Kennetha Lonergana. Cieszę się, że reżyserzy chcą opowiadać nasze historie. Przekłada się to także na honoraria, a z tym zawsze był problem w odniesieniu do wynagrodzeń aktorów. Trzeba mówić producentom: „Po prostu wstań, wypij kawę i daj nam więcej pieniędzy” (śmiech).

 

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu obserwuj nas na Facebooku.

 

Patricia Clarkson

Jedna z ikon amerykańskiego kina niezależnego. Aktorka, która ma na swoim koncie kilkadziesiąt nagród i współpracę z takimi reżyserami, jak Woody Allen, Martin Scorsese czy Frank Darabont.

 

Komentarze

Napisane przez:

kuba.armata@gmail.com

Dziennikarz filmowy. Pisze m.in. dla "Dziennika Gazety Prawnej", "Kina", "Magazynu Filmowego" czy Wirtualnej Polski. Autor ponad dwustu rozmów z ludźmi kina m.in. z Davidem Lynchem, Darrenem Aronofskym, Alanem Parkerem czy Xavierem Dolanem. Programer festiwali Netia Off Camera i Forum Kina Europejskiego Cinergia. Członek Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych Fipresci.