Piotr Stasik: Lubię gdzieś wyjechać i się przewietrzyć

Jakiś czas temu zrobiłem eksperyment w Paryżu. Jeździłem metrem, zaczepiałem ludzi i pytałem, czy nie chcieliby mi opowiedzieć o swoich problemach. W zasadzie nikt się nie zgadzał. Większość patrzyła na mnie jak na zboczeńca, który próbuje poderwać na robienie filmu. W Nowym Jorku było zupełnie inaczej. Tam godzili się niemal wszyscy.

 

21 x Nowy Jork

21 x Nowy Jork – Fot. Materiały prasowe/Against Gravity

Chyba pierwszą rzeczą, jaką mi powiedziałeś o 21 x Nowy Jork, było to, że masz serdecznie dość tego filmu. Dlaczego?

To chyba taki rodzaj filmu i nie ma w tym udawanej skromności. Zwłaszcza że prawie sam go montowałem, a więc widziałem chyba setki razy. Każdy element musiał być dotknięty. Miałem tego tak dość, że w trakcie premiery zamykałem oczy.

Montaż był tak męczący?

Przede wszystkim dlatego, że długo trwał. Ale nie umiem krócej montować. Poza tym sam materiał nie był łatwy i dotyczy to emocji, które tam się znajdowały. Najbardziej lubię montować zimą, zwłaszcza kiedy mam zdjęcia z lata. Wtedy człowiek siedzi w domu i nawet nie chce mu się wychodzić. Tyle że gdy pracuje się nad filmem o ludziach samotnych, w których wiele jest niespełnionych marzeń, to siłą rzeczy przechodzi to na ciebie. A mnie już wystarczyło, że tymi emocjami żyłem w trakcie realizacji filmu. Wciąż poznawałem nowe osoby. Na każdą z nich miałem dwa, trzy dni, więc musiałem szybko wejść w bardzo mocną relację. To wymagało ode mnie empatii i wchodzenia często w głęboką interakcję. Nie potrafiłbym zrobił filmu, gdybym autentycznie nie przejmował się ich losami. Z drugiej strony to cienka granica. Czasem sam się gubisz, czy przypadkiem nie wykonujesz jakiegoś gestu tylko, dlatego że robisz film.

Ludzie, których spotykałeś, chętnie opowiadali ci swoje historie?

Nie lubię generalizować, ale muszę powiedzieć, że większość się na to zgadzała. Jakiś czas temu zrobiłem eksperyment w Paryżu. Jeździłem metrem, zaczepiałem ludzi i pytałem, czy nie chcieliby mi opowiedzieć o swoich problemach. W zasadzie nikt się nie zgadzał. Większość patrzyła na mnie jak na zboczeńca, który próbuje poderwać na robienie filmu. W Nowym Jorku było zupełnie inaczej. Tam godzili się niemal wszyscy.

Przypuszczasz, że z czego to wynikało?

Myślę, że z zaufania i otwartości. Zauważyłem taki szczegół, który świadczył o tym, jak blisko ludzie tam żyją. Gdy wieczorem zmęczeni ludzie wracają z pracy zdarza się w metrze, że ktoś zaśnie i głowa poleci mu na ramię obcej osoby. W Nowym Jorku nie widziałem, żeby ktoś tę głowę odepchnął. To takie poczucie wspólnoty, które przekłada się na cielesną bliskość. U nas jest z tym dużo większy problem. Zewnętrzne relacje najeżone są agresją, czasami ukrytą, kiedy indziej nie. To zawsze niepewność, strach. Przejawiają się w sposobie, w jaki do siebie mówimy, jak się ubieramy. Myślę jednak, że kiedy pogrzebie się wewnątrz, to wszyscy jesteśmy podobni. W ogóle chciałem zrobić nie tyle film o nowojorczykach, co o tym, jak obecnie wyglądają relacje międzyludzkie.

 

 

Intuicja odgrywa kluczową rolę w doborze bohaterów?

Z jednej strony tak. Z drugiej, na pewnym etapie miałem konkretnych bohaterów i wiedziałem, że brakuje na przykład dziecka bądź osoby starszej. Zależało mi na przekroju. Ponieważ wszyscy bohaterowie, których znalazłem, byli samotni, wpadłem na pomysł, by dotrzeć do osoby, która samotna nie jest. Tyle że to była taka sama historia jak z szukaniem Indianina w Nowym Jorku. W efekcie nie znalazłem ani jednego, ani drugiego.  Nowy Jork to miejsce, które ściąga mnóstwo samotnych osób z całego świata, ale oczywiście też tę samotność produkuje. Jedna z bohaterek filmu mówi: „Jeśli wiesz, że za rogiem czeka na ciebie dwudziestka nowych, ciekawych ludzi, nie pracujesz nad swoim związkiem”. Ten film, przynajmniej dla mnie, mówi też o tym, że świadome, czasem odrzucające przyjęte wzory, otwarte na poszukiwania życie sprawia pewną trudność i powoduje cierpienie. Uważam jednak, że właśnie tak się powinno żyć. Być może jesteśmy aktualnie na etapie szukania siebie, także w rozumieniu cywilizacyjnym. W czym wydatnie przeszkadzają nam media elektroniczne, które rozpraszają i dają życie zastępcze. Wydaje nam się, że internet pozwala nam uciec od cierpienia, ale tak naprawdę tylko trochę nas ogłusza.

Temat kryzysu komunikacji interpersonalnej jest niezwykle istotny w twoim filmie. Ilekroć wchodzę do autobusu czy tramwaju, ludzie skupieni są na swoich telefonach, a nie na drugiej osobie.

W Nowym Jorku na szczęście jeszcze dużo osób czyta książki. Chociaż tyle. Ale rzeczywiście, zamiast kogoś poderwać czy po prostu pogadać z kimś obok, siedzimy z telefonem, myśląc, że ta relacja jest lepsza. Nie potrafię ocenić, czy tak jest. Trzeba by zrobić jakieś badania, które odpowiedzą na pytanie, czy w ten sposób udaje nam się znaleźć przyjaciół, czy łatwiej nam się dopasować. W Nowym Jorku, w czasie gdy byłem, ludzie korzystali z dwóch aplikacji – Tindera i OkCupid. Ta pierwsza używana była przez osoby mające ochotę na przygodny seks, druga na podstawie konkretnych zmiennych ma na celu stworzenie relacji. Ale czy z tego powstają lepsze związki? Pewnie dowiemy się za dziesięć czy dwadzieścia lat. Czas spędzony w Nowym Jorku pokazał mi, że liczba osób samotnych się powiększa. Wychodząc na ulice i widząc tylu ludzi, odczuwamy to jeszcze bardziej. Ktoś powiedział mi, że zobaczenie pary w Nowym Jorku graniczy z cudem. Może to trochę przesadzone, ale z pewnością coś w tym jest.

 

Metro od początku było punktem wyjścia?

W pewnym sensie to wyświechtany temat. Można nawet powiedzieć, że robić film w nowojorskim metrze to popełnianie filmowego samobójstwa. W metrze jednak masz czas, żeby przyjrzeć się drugiemu człowiekowi i dlatego w tym miejscu postanowiłem „polować”. Nowy Jork uznawany jest za miasto wielokulturowe. Mam jednak wrażenie, że każda grupa etniczna czy imigranci z danego kraju przyciągają się i mieszkają w skupiskach. Każda społeczność żyje w swoim świecie, a mieszane pary spotyka się naprawdę rzadko. Metro to chyba taki jedyny punkt, gdzie spotykają się absolutnie wszyscy, bez względu na kolor skóry czy wyznanie.

Planujesz pokazać film swoim bohaterom?

Oczywiście. Kiedy zaczynałem kręcić filmy, miałem problemy z tym, że przedstawiałem kogoś w negatywnym świetle bądź silnie eksponowałem jego wady. Teraz jest odwrotnie, co chyba ma związek z obserwacją kina i sposobu podejścia do bohaterów takich twórców jak Marcin Koszałka. Jego bohaterowie przeżywają poprzez film rodzaj psychoterapii. Podobnie zresztą jak ja. Film traktuję jako coś, co daję ludziom, żeby mogli zobaczyć w nim samych siebie. Mówię im otwarcie: „Nie bój się, powiedz to. Zobaczysz potem tę sytuację na ekranie i być może czegoś się o sobie dowiesz”. To działa.

21 x Nowy Jork

21 x Nowy Jork – Fot. Materiały prasowe/Against Gravity

Traktujesz zatem film jako terapię?

Także dla siebie. To rodzaj zderzenia się z pewną stroną tego, jacy jesteśmy. W tym filmie opowiadam też o sobie i nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, w jakim stopniu. Dlatego właśnie trudno mi go później montować i oglądać. Kino daje możliwość skupienia się na jakimś problemie, temacie, szczególe. Dobry film wprowadza nas w rodzaj transu, kontemplacji, prowadzi nasze myśli. Wtedy bardziej przeżywamy.  Ale jednocześnie mami nas, oszukuje, sprawia, że myślimy, że tak właśnie wygląda życie. Wpadliśmy w pułapkę obrazu, za jego sprawą przeżywamy więcej – co ma i dobre i złe strony. Nie czuję się lepszy od swoich bohaterów. Robiąc film zapraszam ich do współtworzenia, ustawiam się w roli przekaziciela.  Lubię też filmy, w których reżyser zostawia miejsce do wkładania myśli widza. Twórcami stają się w takim układzie i bohaterowie i widzowie. Dlatego przygotowałem dwie wersje filmu – 50- i 70-minutową. W tej dłuższej nie zmienia się liczba bohaterów, nie pada dużo więcej słów, za to jest miejsce na obserwację i kontemplację. Jest miejsce na siebie.

Ważnym aspektem twoich filmów są podróże. To dla ciebie jako dokumentalisty pewien fundament? 

Nawet nie tyle dokumentalisty, co człowieka. Żyjemy w swoim mikroświecie z szeregiem uwarunkowań i ograniczeń. Lubię wyjechać i się przewietrzyć, zobaczyć innych ludzi. Przynajmniej raz na dwa miesiące czuję potrzebę wyjazdu za granicę. Kiedy wysiadam na dworcu w Berlinie czy Amsterdamie, zaczynam oddychać pełną piersią. U nas czuję pewien rodzaj ciężkości. Co też ma swoje zalety, bo zmusza do traktowania się poważnie i wymagania od siebie, ale nie daje swobody. Wszędzie, gdzie jadę, patrzę, jak może to wyglądać, jak można inaczej żyć. Lubię z tego czerpać i chcę się tym dzielić. Filmy to taka moja spowiedź z podróży.

 

Cały wywiad ukazał się w ”Magazynie Filmowym’’ nr 1/2017.

 

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu obserwuj nas na Facebooku.

 

Piotr Stasik

Ceniony polski dokumentalista, animator kultury. Laureat wielu festiwalowych nagród m.in. za ”Koniec lata” czy ”Dziennik z podróży”.

Komentarze

Napisane przez:

kuba.armata@gmail.com

Dziennikarz filmowy. Pisze m.in. dla "Dziennika Gazety Prawnej", "Kina", "Magazynu Filmowego" czy Wirtualnej Polski. Autor ponad dwustu rozmów z ludźmi kina m.in. z Davidem Lynchem, Darrenem Aronofskym, Alanem Parkerem czy Xavierem Dolanem. Programer festiwali Netia Off Camera i Forum Kina Europejskiego Cinergia. Członek Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych Fipresci.