Świat potrzebuje dupków – Phedon Papamichael o ‚Pomniejszeniu’

„Muszę przyznać, że Alexander i tak jest całkiem niezły w tym, żeby nie przejmować się kwestiami finansowymi. On nie robi filmów po to, żeby zarobić, a chce przede wszystkim być z nich zadowolony. Jeśli przy okazji spodoba się to większej grupie ludzi, a tak się dzieje za każdym razem, to super, ale nie to jest najważniejsze” – przekonuje Phedon Papamichael, grecki operator, który od lat robi karierę w Stanach Zjednoczonych, mając na koncie współpracę z Wimem Wendersem, Jamesem Mangoldem czy George’em Clooneyem.

Z Alexandrem Payne’em pracuje od lat, tworząc kolejne wyjątkowe opowieści o everymenach, zmagających się z własnym losem. Tą najnowszą jest Pomniejszenie, bez wątpienia najbardziej wystawny film w karierze reżysera uznawanego za jedną z ikon amerykańskiego kina niezależnego.

Jednym z filmów, który od dawna cię inspiruje, jest ponoć Paryż, Teksas, czyli spojrzenie na Amerykę oczami europejskiego reżysera Wima Wendersa. To ważne doświadczenie w kontekście wieloletniej współpracy z Alexandrem Payne’em? 

Dorastałem w Monachium i pamiętam, że tuż po tym, jak ten film wszedł do kin, przeniosłem się do Stanów Zjednoczonych. Byłem pod dużym wrażeniem pracy operatora Roby’ego Müllera, zresztą nie tylko w tym wypadku. Podobała mi się wieloznaczność, związana z tym, w jaki sposób Europejczycy interpretują amerykański mit. Paryż, Teksas ma w sobie coś z kina amerykańskiego, ale widać, że przefiltrowane jest to przez europejską wrażliwość. Interesującym doświadczeniem była późniejsza współpraca z Wendersem przy Million Dollar Hotel, bo to reżyser, od którego bardzo wiele nauczyłem się w kwestii samej wizualności. Na planie zbyt wiele nie rozmawialiśmy. Dokładnie wiedziałem, o co mu chodzi i czego oczekuje. Ten ruch kamery, sposób opowiadania i fotografowania był mi bliski. Robiłem wszystko bardzo instynktownie, tak zresztą pracuje się z Wendersem. Nie narzucał mi swojego zdania, być może dlatego, że mieliśmy podobny gust w kwestii kompozycji czy oświetlenia. Myślę, że wiele z tych rzeczy związanych było właśnie z moją fascynacją filmem „Paryż, Teksas”. Te inspiracje działają podświadomie, dobrze, by pojawiały się we właściwych momentach. A takimi są kolejne filmy realizowane z Alexandrem Payne’em.

Do Stanów Zjednoczonych przeniosłeś się z Niemiec, ale urodziłeś się w Grecji.

Urodziłem się w Atenach, mój ojciec jest Grekiem, a matka Niemką. Kiedy miałem sześć lat, poszedłem do szkoły w Niemczech, tam zresztą dorastałem. Pamiętam, że początkowo chciałem być malarzem bądź fotografem, dopiero później odkryłem sztukę operatorską. Przyczyniły się do tego filmy nakręcone przez znakomitego francuskiego autora zdjęć Raoula Coutarda. Mam na myśli chociażby jego współpracę z Jean-Lukiem Godardem. To był moment przełomowy. Przypominało mi to fotografię, choć sprawiało więcej frajdy, bo dochodził ruch kamery, za pomocą którego opowiadać można historię. Poza tym to nie takie samotne zajęcie jak profesja malarza czy fotografa. Tam musisz mierzyć się ze swoimi problemami, a tu po prostu wychodzisz do ludzi.

Bohater filmu Pomniejszenie, w którego rolę wciela się Christoph Waltz, mówi w jednej ze scen, że Ameryka to kraj wielkich możliwości. Wielu polskich operatorów, na czele z Januszem Kamińskim, przekonało się o tym. Podzielasz to zdanie?

Oczywiście. To w ogóle ciekawe, bo pierwsze operatorskie kroki stawiałem właśnie pod okiem Janusza. Bardzo często różni ludzie pytają mnie, czy powinni wyjechać do Ameryki. Nie jestem w stanie jednoznacznie im odpowiedzieć, ale nikogo też nie zniechęcam. Prawdę mówiąc, każdy z moich znajomych zrobił tam mniejszą bądź większą karierę czy odnalazł jakąś szansę. One tam są, choć trzeba pamiętać, że to często związek na całe życie. Nie ma żadnego przepisu, a każda historia jest inna. Przebicie się może zająć trzy lata, a może też piętnaście. Przecież zarówno ja, jak i Janusz zaczynaliśmy od filmów klasy B bądź kina niskobudżetowego. Nie ma się co oszukiwać. Trzeba liczyć, że jeden z nich zwróci na ciebie uwagę i okaże się tym przełomowym. Tak było chociażby ze świetnym operatorem Wallym Pfisterem, który współpracował przy „Memento” z nieznanym jeszcze Christopherem Nolanem. Trzeba mieć świadomość, że jadąc do Stanów, istnieje ryzyko, że przez dłuższy czas będzie się pracowało za niewielkie pieniądze bądź w ogóle za darmo. To wymaga cierpliwości.

O tobie mówi się, że jesteś operatorem Alexandra Payne’a. Pomniejszenie to wasza kolejna współpraca, a znacie się od dawna. Jak zaczęła się ta znajomość?

Poznaliśmy się lata temu, kiedy na dobrą sprawę nie byłem jeszcze operatorem. Nie studiowałem wtedy w szkole filmowej z bardzo trywialnej przyczyny – nie mogłem sobie na to pozwolić. Mieszkałem w Los Angeles i starałem się załapać do realizacji filmów studenckich z UCLA. To często się udawało, bo oni szukali ludzi poza systemem szkolnym. Jesteśmy z Alexandrem w podobnym wieku i właśnie wtedy się poznaliśmy. Starałem się o to, by zostać operatorem jego dyplomowego filmu. Ostatecznie nic z tego nie wyszło, bo zdecydował się zatrudnić kogoś innego. Wiedział jednak, kim jestem, mieszkaliśmy w sąsiedztwie, odwiedzaliśmy te same kina, które grały podwójne seanse klasyków, jak Pasolini, Tarkowski czy De Sica. Do tego, żebyśmy rozpoczęli współpracę, musiało jednak minąć piętnaście lat. Alexander jak gdyby nigdy nic do mnie zadzwonił i zapytał, czy nie chciałbym nakręcić jego nowego filmu. Były to „Bezdroża”. Znamy się zatem trzydzieści lat, ale pracujemy wspólnie połowę tego czasu.

Od razu zaskoczyło?

Na planie „Bezdroży” poznawaliśmy siebie i to, w jaki sposób pracujemy. Alexander nie jest fanem trików i jakichś niekonwencjonalnych ujęć. Szukaliśmy najprostszej ścieżki do opowiedzenia tej historii. Odkryliśmy wtedy język, którym de facto posługujemy się do dziś. Trwało to jakieś dwa tygodnie, po których już nie walczyliśmy. Obaj doskonale wiedzieliśmy, o co chodzi. Pomniejszenie jest trochę bardziej skomplikowane niż poprzednie realizacje, bo to jednak większy film, bardziej techniczny. Do tej pory wszystko kręciliśmy w naturalnych plenerach, tutaj musieliśmy pewne rzeczy zbudować w studiu, użyć green screena. Choć niezależnie od tego staraliśmy się podejść do tego jak do zwykłego filmu Alexandra Payne’a.

Co przez to rozumiesz?

Zawsze staramy się wykreować bardzo intymny plan. Nawet w tym przypadku, gdzie był większy budżet, więcej dni zdjęciowych, do tego dążyliśmy. Sporo było tu matematyki, ale staraliśmy się przejść przez to w klasyczny sposób. Alexander stara się zawsze zredukować wszelkie możliwe sprzęty do minimum. Nie mógł się na przykład nadziwić, po co te wszystkie wielkie przyczepy. Trzeba mu było wszystko tłumaczyć (śmiech). Powtarzał mi często, że powinniśmy wyjechać do Grecji i tam nakręcić film ze zdecydowanie mniejszym budżetem. Mnie się to czasami zdarza i muszę przyznać, że to naprawdę odświeżające. Zawsze powtarzam europejskim reżyserom, z którymi pracuję, że powinni docenić fakt, iż mają naprawdę dużo wolności. W Stanach trzeba jednak być nieco bardziej elastycznym.

Przed projekcją Pomniejszenia na festiwalu Camerimage wspomniałeś na scenie, że pomimo wszystkich różnic pomiędzy tym filmem a poprzednimi dziełami Payne’a to wciąż opowieść o małych ludziach. Słowa te można potraktować tu dodatkowo bardzo literalnie. 

Być może dlatego wywołuje on mieszane reakcje. To film bazujący na pewnym koncepcie. To nie jest film polityczny, choć może wielu właśnie tego się spodziewało. To rodzaj satyry na współczesny świat. Wiem, że spora grupa widzów filtruje to przez wiele rzeczy, które dzieją się obecnie na świecie – od globalnego ocieplenia po Trumpa. Tak jakby oczekiwali jednej, klarownej odpowiedzi na każde z pytań. A tak naprawdę to historia prostego człowieka Paula Safranka, który próbuje znaleźć swoje miejsce, cel w życiu i miłość. Ta postać przypomina mi trochę bohatera granego przez Bruce’a Derna w Nebrasce. Oni próbują poradzić sobie z codziennymi problemami, jakim czoła stawiać musi każdy z nas. Ten film składa się z wielu różnych elementów. Alexander nie raz przekonywał, że powinien trwać cztery godziny, co oczywiście było niemożliwe. W scenariuszu pojawiło się mnóstwo wątków, które można było jeszcze pociągnąć. Nie znaleźliśmy już na to czasu, choć film i tak jest długi, bo trwa ponad dwie godziny. Ktoś ostatnio powiedział mi, że byłby z tego niezły serial. I biorąc pod uwagę, ilu pomysłów nie mogliśmy rozwinąć, nie jest to pozbawione sensu.

Wspominasz o politycznym tle, które moim zdaniem jest jednak dość istotne. Wiele z tych rzeczy pokazujecie z przymrużeniem oka. Jak w scenie, w której okazuje się, że mali uchodźcy bez problemu mogą przekraczać niezauważeni granice.

Ciekawe w tym wszystkim jest to, że scenariusz powstał blisko dziesięć lat temu. Z każdym kolejnym rokiem stawał się coraz bardziej aktualny. Teraz w ogóle wygląda, jakby napisany został z potrzeby chwili. To wszystko nie pozostaje bez znaczenia, ale moim zdaniem to jednak przede wszystkim historia jednostki. Satyra zawsze dobrze działa, bo nie jest nachalna. Myślę, że ten film w dużej mierze jest o amerykańskim społeczeństwie i ich modelu konsumpcji. To zresztą zawsze obecne jest u Alexandra, ale jako tło. Nigdy nie jest celem samym w sobie. Zawsze najważniejsi są bohaterowie zmagający się ze swoim życiem.

Jeden z bohaterów Pomniejszenia imieniem Dusan mówi w pewnym momencie, że świat potrzebuje dupków. Zgadzasz się z tym?

Sporo o tym myślałem, prawdę mówiąc (śmiech). Dusan ma rację, choć pamiętajmy, że jest Serbem. To bardzo impulsywni ludzie. Osoby z tego kręgu kulturowego mają to do siebie, że często coś powiedzą, a potem dopiero pomyślą. Sam coś o tym wiem. Nie jesteśmy jak Niemcy, żeby się we wszystkim kontrolować. Uważam jednak, że nie zawsze musimy być poprawni politycznie. Myślę sobie, że kwestia dupków jest bardzo zasadna w kontekście tego, co teraz dzieje się w Hollywood.

Cały wywiad przeczytać można w styczniowym numerze „Kina”.

Przeczytaj co sądzimy o filmie.

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu obserwuj nas na Facebooku.

 

Phedon Papamichael

Grecki operator, który od lat robi już karierę w Stanach Zjednoczonych. Zaczynał od filmów klasy B o wdzięcznych tytułach ‚Odlotowy trabant’ czy ‚Eko-jaja’. Dzisiaj jest jednym z bardziej cenionych autorów zdjęć.

 

Komentarze

Napisane przez:

kuba.armata@gmail.com

Dziennikarz filmowy. Pisze m.in. dla "Dziennika Gazety Prawnej", "Kina", "Magazynu Filmowego" czy Wirtualnej Polski. Autor ponad dwustu rozmów z ludźmi kina m.in. z Davidem Lynchem, Darrenem Aronofskym, Alanem Parkerem czy Xavierem Dolanem. Programer festiwali Netia Off Camera i Forum Kina Europejskiego Cinergia. Członek Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych Fipresci.