Paryż może poczekać – recenzja filmu

Francja Last Minute

 

„Lepiej późno niż później” – udowadniała w 2003 roku Nancy Meyers. Eleanor Coppola, znana przede wszystkim jako żona legendarnego amerykańskiego filmowca, najwyraźniej wzięła sobie te słowa do serca i wreszcie debiutuje jako reżyserka. W wieku… 80 lat.

Coppola już wcześniej trzymała w rękach kamerę. Wspólnie z Faxem Bahrem i Georgem Hickenlooperem zrealizowała między innymi Serca ciemności – dokument z planu Czasu apokalipsy, powszechnie uważany za wybitne osiągnięcie. Nigdy nie znalazła jednak czasu na to, żeby w pełni rozwinąć swoją karierę. To wszystko sprawia, że jej pierwszy film bardzo chce się lubić. Ale chcieć wcale nie znaczy móc, bo Paryż może poczekać bywa wręcz krępująco nieporadny. Z prostej, częściowo autobiograficznej opowieści o zaniedbywanej żonie potężnego producenta filmowego (Diana Lane), która zamiast towarzyszyć mężowi w kolejnej wyprawie wyrusza do Paryża z jego uroczym francuskim przyjacielem (Arnaud Viard) szybko robi się turystyczna laurka.

I to dosłownie, bo bohaterowie nie tyle rozmawiają, ile wymieniają mądrościami wyczytanymi naprędce z przewodników – tytuł filmu mógłby spokojnie brzmieć: Czy wiesz, że…? Po wyjściu z muzeów czy innych kościołów robi się jeszcze gorzej. Pozostałe dialogi krążą głównie wokół kwiatów, które najlepiej pachną właśnie we Francji, no i oczywiście jedzenia. W Paryż może poczekać porównuje się ludzi do crème brûlée, wypytuje, co zwykła jadać na obiad czyjaś rodzina i robi zdjęcia KAŻDEJ serwowanej potrawie. Nic dziwnego, że po jego obejrzeniu można poczuć delikatne mdłości – w tym konkretnym przypadku można było spokojnie poprzestać na przystawkach.

Film ratuje jeszcze Diane Lane, która wcześniej na podobnej zasadzie zwiedzała Toskanię. To prawdopodobnie jedyna aktorka będąca obecnie w stanie wykrzesać z takich historyjek nieco niewymuszonego wdzięku. Szkoda tylko, że nikt jej w tym nie pomaga. Coppola nawiązuje do swoich przeżyć bardzo subtelnie – na to, żeby rozliczyć się z własnym życiem spędzonym na drugim planie jest chyba po prostu za grzeczna. Zamiast wydawać fortunę na produkowane przez mnichów sery następnym razem powinna zainwestować w dobrego scenarzystę, ale jedno trzeba jej przyznać: jeśli po zobaczeniu jej filmu nie będzie się miało ochoty zarezerwować lotu do Francji, bardzo się zdziwię.

Paryż może poczekać
2 Nasza ocena
Criterion 1

Komentarze

Napisane przez:

marta.balaga@gmail.com

Dziennikarka filmowa publikująca w Polsce i za granicą. Pisze m.in. dla "Episodi", "Sirp Eesti Kultuurileht", "La Furia Umana" oraz "Dwutygodnika". Współpracuje z wieloma festiwalami filmowymi, w tym z Helsinki International Film Festival. Uwielbia kino kultowe wychodząc ze (słusznego) założenia, że każdy film powinien być o zombie.