Olli Maki. Najszczęśliwszy dzień jego życia – rozmawiamy z Juho Kuosmanenem

Osobiste kino retro


Kilka lat temu wygrałem los na loterii
– mówił ze sceny wyraźnie wzruszony fiński debiutant Juho Kuosmanen, nawiązując do tego, jak w ogóle znalazł się w Cannes. Jego druga wizyta na najbardziej prestiżowym europejskim festiwalu filmowym zakończyła się wielkim sukcesem. Olli Maki. Najszczęśliwszy dzień jego życia – kameralny, zrealizowany w czerni i bieli debiut Kuosmanena został uznany przez jurorów za najlepszy film sekcji „Un Certain Regard”, w pokonanym polu zostawiając dużo bardziej znanych twórców. To pewnie najdziwniejszy film bokserski, jaki widziałeś – powiedział w żartach jeszcze przed rozpoczęciem wywiadu. 

Twój debiut miał swoją światową premierę w canneńskiej sekcji „Un Certain Regard”, którą wygrał. Trudno wyobrazić sobie lepszy początek. Kiedy prezentowałeś film na scenie, łamał ci się głos. Emocje wzięły górę?

To był dla mnie bardzo intensywny, pełen napięcia moment. Między innymi dlatego, że był to pierwszy festiwal, na którym mogłem zaprezentować swój film szerszej publiczności. Kochającej kino, ale jednocześnie bardzo wymagającej. Kolejnym smaczkiem było to, że traktuję swój debiut jako alegorię całego, a niełatwego przecież procesu realizacji filmu. Kiedy wyszedłem na scenę, by zapowiedzieć projekcję, w jednym momencie poczułem cały ten stres i presję. Związaną w dużej mierze z faktem, że powinienem wypełnić pokładane we mnie oczekiwania. Nie tylko ze strony publiczności czy producentów, ale i selekcjonerów canneńskiego festiwalu. A zwłaszcza jednej osoby, która kilka lat temu, wybierając do konkursu Cinéfondation mój krótki metraż, dała mi ogromną szansę. Czułem, że nie mogę jej zawieść.

Wspomniany krótki metraż wygrał wtedy sekcję Cinéfondation, a nagrodą była gwarancja, że pełnometrażowy debiut pokazany zostanie w oficjalnej canneńskiej selekcji. Pomogło ci to w realizacji filmu czy raczej stworzyło dodatkową presję?  

Wydaje mi się, że jedno i drugie. Na pewno łatwiej było mi zdobyć finansowanie. Głównie dlatego, że nie mamy w Finlandii zbyt wielu filmów, które trafiają do oficjalnej selekcji tak dużego międzynarodowego festiwalu. Wyjątkiem jest chyba Aki Kaurismäki. Presja i oczekiwania związane z debiutem są zawsze. Ale kiedy wiesz, że twój film pokazywany będzie w Cannes, przybierają tylko na sile. Myślę, że gdyby nasz obraz się tu nie spodobał, odbiłoby się to głośnym echem i mielibyśmy poważny problem. Zły film lepiej pokazywać w zupełnie innych okolicznościach, najlepiej w grupie dobrych przyjaciół. Oni wszystko wybaczą (śmiech). Zatem presja była spora. Zwłaszcza że w Finlandii czeka się na nowego twórcę, który odniesie międzynarodowy sukces. A mnie po wygranej sprzed kilku lat zaczęto nazywać „młodym, obiecującym reżyserem”. Co było miłe, ale i trochę deprymujące.

Z czego wynika tak znikoma obecność fińskiego kina na dużych filmowych imprezach? 

Trudne pytanie. Fińskie filmy są bardzo popularne wśród krajowej publiczności, robią świetne frekwencyjne wyniki. Ale jeżeli pokazać je gdzieś dalej, to już nie jest tak różowo. Tymi filmami są zazwyczaj komedie. Ciekawe jest to, że w ubiegłym roku największym komercyjnym sukcesem w Finlandii okazał się remake… duńskiego filmu „Klassefesten” z 2011 roku. Został on zmiażdżony przez krytykę, ale publiczność go uwielbiała. Jeżeli w Finlandii ktoś próbuje zrobić film mainstreamowy, który przeznaczony byłby na inne rynki, to mu się to raczej nie udaje. Bo jeśli chcesz zobaczyć film bokserski, to pewnie w pierwszej kolejności oglądniesz ten produkcji amerykańskiej. Zatem jedynie na co możemy obecnie liczyć w tej materii to kino art-house’owe.

Bohaterem twojego filmu jest znany fiński bokser Olli Mäki. Boks to popularny sport w kraju, w którym absolutnym numerem jeden jest hokej?

Kiedyś boks był dużo bardziej popularny niż teraz. Jakiś czas temu usłyszałem, że ludzie w Finlandii bardzo lubią sport i są w niego mocno zaangażowani. Coś w tym jest, ale trochę bym te słowa zmodyfikował. Otóż lubimy tylko te sporty, w których jesteśmy dobrzy i odnosimy sukcesy. Dlatego taką popularnością cieszy się hokej, a nie przepadamy z kolei za piłką nożną. Bo tak naprawdę od czasów Jarego Litmanena nie mieliśmy żadnej gwiazdy europejskiego formatu. Pamiętam, że niedawno udzielałem wywiadu dziennikarzom z Argentyny. Także rozmawialiśmy o sporcie i zapytali mnie, czy w Finlandii w ogóle gramy w piłkę nożną. „Kiedyś graliśmy” – odpowiedziałem półżartem. Z boksem jest podobnie.

Sam jesteś fanem boksu?

Na pewno nie fanatycznym, ale czasem lubię oglądnąć walkę bokserską. To jest interesujący sport, i to pod wieloma względami. Także jako rozrywka, ale trzeba zrozumieć całą budowaną wokół niego otoczkę, show. Związana jest z tym określona idea męskości, a mówi się, że przeżywa ona ostatnimi czasy kryzys. Wychodzi zatem na to, że potrzebujemy czegoś takiego. To zabawne. Poza tym, niby nie lubimy przemocy, a każdy, kto ogląda boks, czeka tylko na efektowny nokaut.

Kariera Olli Mäki przypada przede wszystkim na lata 60. Można odnieść wrażenie, że pod względem formalnym film bardzo mocno stylizowany jest na produkcję z tamtych lat.

Zrealizowanie filmu w czerni i bieli nie było pomysłem, który towarzyszył nam od samego początku. Rozważaliśmy różne możliwości, wiele eksperymentowaliśmy. W końcu znaleźliśmy najlepsze, naszym zdaniem, rozwiązanie, które rzeczywiście zbliżało nas mocno do estetyki produkcji z tamtych lat. Mieliśmy już wtedy zapewnione finansowanie, więc przekonywanie każdego, że jednak chcemy zrobić film w czerni i bieli, i to na taśmie 16 mm, związane było z pewnym ryzykiem. Ale na szczęście nikt nie miał żadnych obiekcji. Zależało mi na tym, żeby końcowy efekt był jak najbliższy materiałowi, który kręciliśmy. Chcieliśmy trzymać się tekstury filmu, zatem do minimum ograniczyliśmy korekcję barwną.

Stąd tyle długich ujęć? To zbliża twój debiut do cinéma-vérité.

Filmy cinéma-vérité były dla mnie dużą inspiracją. Także dlatego, że pracowaliśmy w dużej mierze z naturszczykami, co dało rodzaj bezcennej autentyczności. Bardzo nam na tym zależało. Ciekawie było robić film właśnie w ten sposób, stylizując go na produkcję z wcześniejszych lat. Dotyczyło to w zasadzie każdej warstwy – od reżyserii, przez pracę z aktorem, po scenografię. Do tego dochodziły wspomniane długie ujęcia. Zdarzało się, że miały one nawet do 10 minut. To nadawało naszej pracy pewien rytm, wydaje mi się, że pomagało też aktorom. Z pewnością było bardziej organiczne.

Wspomniałeś, że Olli Maki. Najszczęśliwszy dzień jego życia to także alegoria samego procesu powstawania filmu. Twój bohater w pewnym momencie ucieka, ty też miewałeś na to ochotę? 

Tak, na przykład tuż przed canneńską premierą (śmiech). Ważnym momentem była dla mnie chwila, kiedy ponownie odnalazłem radość wynikającą z realizacji filmu. A to wcale nie było takie oczywiste. Był taki moment na początku, że gdzieś tę pasję zgubiłem. Wiązało się to z myśleniem jak mam zrobić film, który spełni oczekiwania wszystkich dookoła. Siedziałem sam przed komputerem i dumałem nad tym, że muszę teraz napisać arcydzieło. Nakładałem na siebie niepotrzebną presję i czułem się w tym wszystkim osamotniony. Później dołączył do mnie współscenarzysta Mikko Myllylahti i było dużo łatwiej. Chciałem zrobić film, który nawet nie tyle będzie komedią, ale ludzie po jego oglądnięciu będą z kina wychodzili w dobrym humorze. Wydaje mi się, że łatwiej uzyskać ten efekt, kiedy można się tym z kimś podzielić. Przestajesz traktować wszystko tak serio. W efekcie zacząłem się śmiać z tego, co wcześniej mnie przygnębiało.

Twój film oparty jest na prawdziwej historii, ale daje się odczuć, że to kino osobiste.

Tak, to historia Olliego, w której de facto niemal niczego nie zmienialiśmy. Na początku swojej zawodowej kariery stanął przed szansą walki o mistrzostwo świata. Tuż przed nią, zamiast treningu, opuścił Helsinki, by spotkać się ze swoją ukochaną. Może to się wydać nieprawdopodobne, ale tak w rzeczywistości było. Jest w tym coś kameralnego i osobistego. Podobało mi się, że jego historię mogłem bardzo mocno odnieść do siebie. W ogóle wydaje mi się, że niemożliwe jest zrobienie filmu o czymś, czego się nie zna bądź nie czuje. Choć z tym wiąże się pewne poczucie wstydu. W końcu każdy się odsłania. To bardzo osobisty film.

Jak Olli Mäki postrzegany jest w Finlandii? Jako znany bokser, który dostąpił zaszczytu walki o najwyższe laury, czy może jako symbol porażki, zawodu?

Raczej pozytywnie, bo tak jak wspomniałem, mimo tej walki to był jeden z naszych najlepszych bokserów w historii. W ogóle jest to zabawna sprawa, bo kiedy tylko zdradziłem, że będę robił o nim film, wszyscy pytali, dlaczego koncentruję się na walce, którą przegrał. Stoczył też inną, wygraną, która uznawana jest za jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą walką bokserską w Finlandii. Była ona wyjątkowo brutalna. Olli sam powiedział kiedyś, że bardziej przypominała uliczną bijatykę niż boks. On w ogóle nie lubił okrucieństwa w tym sporcie. Mój film nie jest biografią, całościowym portretem. To raczej wycinek z życia, który dobrze oddaje jego charakter. Tego dnia poniósł znaczącą porażkę, ale wygrał coś większego. Dlatego, jak sam wielokrotnie powtarzał, był to najszczęśliwszy dzień jego życia.

Wywiad był opublikowany w miesięczniku „Kino” nr 8/2016.

 

Juho Kuosmanen

Fiński reżyser i scenarzysta, absolwent Aalto University School of Arts, Design and Architecture. Autor kilku krótkich metraży docenionych na międzynarodowych festiwalach, m.in. w Cannes. ”Olli Maki. Najszczęśliwszy dzień jego życia” to jego pełnometrażowy debiut.

Komentarze

Napisane przez:

kuba.armata@gmail.com

Dziennikarz filmowy. Pisze m.in. dla "Dziennika Gazety Prawnej", "Kina", "Magazynu Filmowego" czy Wirtualnej Polski. Autor ponad dwustu rozmów z ludźmi kina m.in. z Davidem Lynchem, Darrenem Aronofskym, Alanem Parkerem czy Xavierem Dolanem. Programer festiwali Netia Off Camera i Forum Kina Europejskiego Cinergia. Członek Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych Fipresci.