Na co do kina…#30 ‚Trzy billboardy…’, ‚Niemiłość’, a może coś innego?

Szykuje nam się filmowe starcie wagi ciężkiej: Martin McDonagh kontra Andriej Zwiagincew. I choć bardzo byśmy chcieli, nie wiemy jak ten „spór” rozstrzygnąć. To znaczy wiemy, najlepiej pójść na oba filmy. Ale to nie wszystko, bo jak przekonacie się poniżej, to będzie pracowity weekend dla wszystkich kinomanów.

 

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri

Martin McDonagh wreszcie pozwala zapomnieć o Siedmiu psychopatach – jego najnowszy film to rewelacja. Frances McDormand w roli doprowadzonej do ostateczności Mildred Hayes już dawno nie wygłaszała swoich kwestii z takim smakiem, ale reżyser pozwala wybrzmieć każdej, nawet najmniejszej z ról. I nie – wcale nie jest to przytyk w kierunku Petera Dinklage’a. Choć przedstawiona tu historia nie należy do najlżejszych – McDonagh opowiada o matce zamordowanej dziewczyny, która zmęczona bezczynnością policji postanawia opowiedzieć o swojej krzywdzie na trzech billboardach stojących poza miastem – reżyser nie pozwala przestać się śmiać, jednocześnie autentycznie wzruszając. Nietypowa opowieść o zemście, a może raczej o żałobie. Wszystkie Oscary, którymi w marcu zostanie obsypany ten film będą jak najbardziej zasłużone.

Przeczytaj nasz wywiad z Martinem McDonaghiem.

Ocena: 5

 

Niemiłość

Wyróżniamy dwie kategorie twórców. Pierwsza to: reżyser, druga: Pan reżyser. Andriej Zwiagincew zdecydowanie zalicza się do tej drugiej. Ameryki nie odkryliśmy, bo konsekwentnie udowadnia to od dobrych kilkunastu lat, ale myślimy sobie, że warto o tym przypominać przy każdej nadarzającej się okazji. A taką z pewnością jest premiera Niemiłości, filmu który śmiało stawiać można w jednym szeregu obok wybitnych Powrotu czy Lewiatana. Zwiagincew okazał się bardzo odważnym twórcą, wyłamał się bowiem z zasady, według której o powodzeniu filmu decyduje to czy identyfikujemy się bądź sympatyzujemy z którymś z bohaterów. Tutaj kibicować nie ma komu, a jednak doprowadzeni zostajemy do emocjonalnego wrzenia. To z jednej strony trzymająca w napięciu rodzinna psychodrama, z drugiej, jak to u Zwiagincewa, alegoryczna opowieść o dzisiejszej Rosji. Trudno nam przypomnieć sobie inny film, w którym dosłownie każdy ruch kamery byłby tak bardzo przemyślany. Nie zdziwimy się specjalnie, jeśli Zwiagincew wyjedzie niedługo ze Stanów Zjednoczonych z Oscarem. Przy okazji ukłony dla polskiego dystrybutora za tłumaczenie tytułu. w prostocie siła.

Ocena: 5

 

Miasto duchów

Nie ma się co oszukiwać, to nie jest najlepszy tydzień na wprowadzenie tego filmu. Biorąc pod uwagę konkurencję istnieje duże prawdopodobieństwo, graniczące nawet z pewnością, że dokument Matthew Heinemana przepadnie w polskich kinach. A szkoda, bo na to nie zasłużył. Wiedzieli o tym programerzy Sundance, zapraszając film do udziału w konkursie dokumentalnym, wiemy i my. Ma to związek zarówno z więcej niż solidnym reżyserskim rzemiosłem, jak i podejmowanym, bardzo aktualnym tematem. Tytułowym miastem duchów jest syryjska Rakka, którą Państwo Islamskie, posiłkując się terrorem uczyniło swoją stolicą. Akcja jak to często bywa wzbudza reakcję i to jej swój film poświęcił Heineman. Chodzi o konspiracyjny kolektyw dziennikarzy, kryjący się pod skrótem RBSS. Ci ludzie z narażeniem życia zapisują świadectwo bestialskich zbrodni ISIS i stoją na straży tego, by świat się o tym dowiedział. W pewnym momencie, w tym wstrząsającym dokumencie padają słowa, że dzisiaj prawdziwe dziennikarstwo realizuje się właśnie w Syrii. Trudno z tym się nie zgodzić.

Ocena: 4

 

Plan B

Dokładnie przed trzema laty Kinga Dębska bardzo wysoko zawiesiła sobie poprzeczkę. Bo choć z filmu Moje córki krowy i tak najbardziej pamiętamy nieporadnie rozkładającego ogrodowy parasol Marcina Dorocińskiego (a chyba nie o to chodziło), całość prezentowała się naprawdę dobrze. Swoją drogą w jednej kwestii przeżyliśmy małe deja vu, bo i z Planu B najbardziej zapadł nam w pamięć Dorociński (tym razem podczas wspólnego posiłku z przygarniętym psiakiem). Widać ten typ tak ma. Wyzwaniem było tym większe, że reżyserka zdecydowała się na równoległe rozwijanie wielu wątków, co zawsze nastręcza pewnych trudności. I to się niestety potwierdziło, bo jedne wygrane były bardziej, inne znacznie mniej. Naczelnym tematem była rzecz jasna druga szansa, jaką według Dębskiej zawsze należy sobie w życiu dać. Użytkownik Artur Schopenhauer tego nie lubi. Chwilami podane to było w humorystyczny, ciepły (tak dobrze znany z poprzedniego filmu) sposób, kiedy indziej nieco bardziej dramatycznie. Czegoś jednak nam zabrakło, czegoś co sprawiło, że na Moich córkach krowach chciało nam się śmiać i płakać jednocześnie. Liczyliśmy na to, że po tym filmie to będzie nasz ulubiony Plan B, ale chyba musimy raz jeszcze przejść się do popularnej warszawskiej knajpy.

Ocena: 2.5

 

Ja, Godard

Nowy film Michela Hazanaviciusa nie zrobił w maju furory na festiwalu w Cannes. Po raz kolejny udowadniając, że choć krytycy lubią się pośmiać, wcale nie oznacza to jeszcze, że napiszą potem dobre recenzje. Co wydaje się dość niesprawiedliwe, bo w przeciwieństwie do zrealizowanych trzy lata wcześniej Rozdzielonych, opowiadający o drugim małżeństwie znanego reżysera z aktorką Anne Wiazemsky (Stacy Martin) Ja, Godard (oraz jego rosnącej fascynacji komunizmem, która ostatecznie doprowadziła go do odrzucenia zasad Nowej Fali) ma tak naprawdę sporo niewymuszonego wdzięku. Louis Garrel, grający zwykle w znienawidzonych przez nas francuskich smędzidłach nigdy nie był zabawniejszy, a Stacy Martin w różnych fazach rozebrania dzielnie dotrzymuje mu kroku. „Godard nie był Bogiem!” – powtarzał Hazanavicius broniąc swojego filmu i skupia się nie na legendzie, a na jak najbardziej ułomnym człowieku. Niegłupia zabawa w stylu retro.

Ocena: 4

 

Pełnia życia

Nie każdego dnia można obejrzeć film wyreżyserowany przez samego Golluma, więc po Pełni życia oczekiwaliśmy naprawdę sporo. W sumie aż tak się nie rozczarowaliśmy, bo Andy Serkis najwyraźniej nie zbijał bąków siedząc na planie u Petera Jacksona i radzi sobie całkiem nieźle. Problem w tym, że sama historia – choć oparta na faktach – okazuje się, cóż, dość sentymentalna. Nie może być inaczej, bo a) Serkis opowiada o Robinie Cavendishu (Andrew Garfield), który w wieku 28 lat zachorował na polio i choć lekarze dawali mu tylko kilka miesięcy życia, ostatecznie udało mu się dożyć sędziwych lat u boku ukochanej żony, b) producentem filmu jest jego syn. Którego Serkis zresztą dobrze zna, bo założyli razem studio Imaginarium Productions – trudno więc wymagać od niego brutalnej szczerości. Lekcja na dziś? Przyjaciołom nie pożycza się pieniędzy i nie robi się filmów o ich rodzicach.

Ocena: 2.5

 

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu obserwuj nas na Facebooku.

 

Na co do kina...#30
1
Niemiłość
Nasza ocena 5
3
Ja, Godard
Nasza ocena 4
4
Miasto duchów
Nasza ocena 4
5
Plan B
Nasza ocena 2.5
6
Pełnia życia
Nasza ocena 2.5

 

Komentarze

Napisane przez:

armyy@o2.pl