Ridley Scott, Joe Wright, Ildikó Enyedi, Luca Guadagnino, Kornél Mundruczó. W tym tygodniu to przede wszystkim europejscy reżyserzy stanęli w szranki rywalizując o polskiego widza. Mamy oczywiście swoich faworytów, o czym świadczą aż dwie najwyższe oceny. Tego w historii bloga chyba jeszcze nie było!

 

Czas mroku 

Winston Churchill, który swoją drogą obchodziłby wczoraj kolejne urodziny, okazał się w tym roku popularniejszy nawet od bohaterów Marvela. Po występie w The Crown, w kolejce czekają już dwa poświęcone mu filmy: niezbyt ciekawie zatytułowany Churchill i właśnie Czas mroku w reżyserii Joe Wrighta, który w oczach wielu recenzentów wysunął się już na prowadzenie w wyścigu o najważniejsze nagrody. Oby nie mieli racji. Prosimy nie zrozumieć nas źle – to z całą pewnością wyjątkowo sprawnie zrealizowany dramat, który z dobrze znanego wydawałoby się momentu w historii robi dynamiczne widowisko w stylu House of Cards. Nie wspominając o tym, że Gary Oldman za rolę brytyjskiego premiera zgarnie pewnie w tym roku kilka lśniących statuetek, o ile tylko uda się wreszcie ustalić, że to faktycznie on – rozpoznać nie da się go wcale. Nam jednak hurra-patriotyzm filmu Wrighta przeszkadzał, a za ledwo naszkicowane postaci kobiece ktoś powinien tu, brzydko mówiąc, beknąć. Niby jest dobrze, ale stworzonych pod Oscary dramatów o wywrzaskujących na każdym kroku mądralach posyłających ludzi na wojnę widzieliśmy już wystarczająco dużo.

Ocena: 3

 

Dusza i ciało

Kiedy Ildikó Enyedi odbierała w zeszłym roku Złotego Lwa w Berlinie, nie oponowano. Głównie dlatego, że… nikt nie widział jej filmu, skutecznie przyćmionego przez zataczającego się Akiego Kaurismäki. Ale zaskakująca decyzja jury pod przewodnictwem Paula Verhoevena okazała się słuszna: Dusza i ciało to prawdziwa perełka. Przyznajemy – jest dziwnie. I nieco drastycznie, bo jak ogłasza reżyserka „niektóre zwierzęta ucierpiały podczas kręcenia tego filmu, ale nie na jego potrzeby”. Opowiadając o romansie rozgrywającym się w najprawdziwszej budapesztańskiej rzeźni i – jakby tego było mało – we śnie, Enyedi najwyraźniej przygotowuje widzów na The Shape of Water, w którym niema sprzątaczka zakochuje się w bardzo dużej rybie. Ale robi to z takim wyczuciem, że zamiast stanowić pustą ciekawostkę, jej film autentycznie wzrusza. A także bawi, bo chorobliwie nieśmiała bohaterka grana przez Alexandrę Borbély przypomina trochę słynną Amelię, gdyby ta zamiast rozbijać łyżeczką cukrowe skorupki crème brûlée nagle zaczęła skupiać się na martwych krowach. Mówiliśmy, że jest dziwnie!

Przeczytaj nasz wywiad z reżyserką!

Ocena: 5

 

Tamte dni, tamte noce

W zmysłowym filmie Luci Guadagnino można przyczepić się tylko do jednego: polski tytuł jest faktycznie przygłupi. I to by było na tyle, bo Call Me By Your Name jest prawie tak doskonały jak grający w nim Armie Hammer. Historia nagłego uczucia pomiędzy dwudziestoletnim Oliverem a nastoletnim synem jego profesora (Timothée Chalamet, nominowany już za tę rolę do Oscara) przypomina trochę Ukryte pragnienia Bertolucciego, którego Guadagnino nazywał zawsze swoim duchowym ojcem – tu też najwięcej do powiedzenia ma ciało. Włoski reżyser wie jak opowiadać o pożądaniu, ale dotychczas zawsze coś odwracało jego uwagę: a to Tilda Swinton jedząca krewetki w Jestem miłością, a to roztańczony Ralph Fiennes w „Nienasyconych”. Tym razem, pogoniony przez mistrza powściągliwości Jamesa Ivory’ego, który napisał scenariusz, wreszcie skupia się na tym, co najistotniejsze. I robi najlepszy film w karierze. Sama przyjemność, choć powtarzając za Duszą i ciałem „niektóre OWOCE ucierpiały podczas kręcenia tego filmu”. Prosimy nawet nie pytać.

Ocena: 5

 

Wszystkie pieniądze świata

Nie będziemy ukrywać, że Ridleya Scotta lubimy nawet jak mu coś nie wyjdzie, czego najlepszym przykładem Hannibal. Istniało ryzyko, że i tym razem Brytyjczykowi może powinąć się noga, w końcu wokół jego nowego filmu narobiło się niemało szumu. Wszystko za sprawą przewidzianego do głównej roli Kevina Spacey’ego, któremu studio Sony po ujawnieniu grzechów przeszłości postanowiło pokazać środkowy palec i zastąpić innym aktorem. Wybór padł na Kanadyjczyka Christophera Plummera, przez co kamień z serca spadł pewnie całemu zastępowi charakteryzatorów, uwijających się przy Spacey’u jak w ukropie. W roli naftowych potentatów nikt chyba nie będzie tak dobry jak Daniel Day-Lewis w Aż poleje się krew Paula Thomasa Andersona, ale Plummer jako miliarder J.P. Getty z pewnością sytuuje się na podium. Co ciekawe ekran w równej mierze należy do innego Plummera (zbieżność nazwisk przypadkowa), tym razem Charliego, wschodzącej gwiazdy amerykańskiego kina, który wciela się tu w rolę porwanego wnuczka bogacza. Rasowy, dobrze poprowadzony thriller, a w pakiecie piękne krajobrazy Włoch połowy lat 70.

Ocena: 4

 

Księżyc Jowisza

Powiedzieć, że Węgier Kornél Mundruczó zrobił film dla wielbicieli kinowego art-house’u to nic nie powiedzieć. To film dla prawdziwych art-house’owych hardkorów, którzy cieszyć się będą jak dzieci, gdy bohater nagle ni stąd, ni zowąd zacznie lewitować. Dla jednych ekstrawagancja, dla innych nieznośna maniera. Gdyby szła za tym chociaż wciągająca historia… Coś na ten temat mógłby powiedzieć jeden z naszych kolegów dziennikarzy (bez nazwisk!), którego podczas canneńskiej projekcji obudziło dopiero głośne buczenie na napisach końcowych. Bo w ten właśnie sposób o swoim niezadowoleniu daje tam znać publiczność. Mundruczó, skądinąd interesujący reżyser, zupełnie bez opamiętania miesza tu wszystko ze wszystkim. Moglibyśmy wziąć karteczkę i tylko odhaczać kolejne podjęte przez niego tematy. Uchodźcy, terroryzm, wiara, społeczne nierówności, a wszystko podlane symbolizmem i rzecz jasna metafizyką. Nieważne jak bardzo by chciał, ale drugim Tarkowskim to Kornél Mundruczó raczej nie zostanie.

Ocena: 2

 

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu obserwuj nas na Facebooku.

 

Na co do kina...#29
1
Dusza i ciało
Nasza ocena 5
2
Tamte dni, tamte noce
Nasza ocena 5
4
Czas mroku
Nasza ocena 3
5
Księżyc Jowisza
Nasza ocena 2

Komentarze

Napisane przez:

armyy@o2.pl