Katell Quillévére: Praktyczna strona śmierci

 

O wielu filmach mówi się, że są wielowątkowe – mówi reżyserka Katell Quillévére. Mnie interesowało jednak nie tyle dyrygowanie chórem, ile… stworzenie filmowego odpowiednika poezji epickiej. Tam też przewijały się setki bohaterów i każdy z nich wywierał wpływ na drugiego. Poza tym Podarować życie ma tak naprawdę głównego bohatera: jest nim serce.

Prezentowany podczas ostatniej edycji festiwalu w Wenecji dramat Podarować życie opowiada historię nastolatka, który ginie w tragicznym wypadku. Jego nagła śmierć łączy ze sobą ludzi, którzy nie mają ze sobą nic wspólnego. Z wyjątkiem tego, że wspólnie podejmują walkę, by serce chłopca ocaliło życie innej osobie. 

Kiedy spotkałyśmy się po raz pierwszy, dopiero zaczynałaś pracę nad Podarować życie. Wspomniałaś wtedy, że powieść Maylis de Kerangal zainteresowała cię przede wszystkim tym, że nie ma głównego bohatera. 

O wielu filmach mówi się, że są wielowątkowe. Mnie interesowało jednak nie tyle dyrygowanie chórem, ile… stworzenie filmowego odpowiednika poezji epickiej. Tam też przewijały się setki bohaterów i każdy z nich wywierał wpływ na drugiego. Poza tym Podarować życie ma tak naprawdę głównego bohatera: jest nim serce.

Które łączy ze sobą ludzi, którzy w przeciwnym razie nigdy by się nie spotkali. Niektórzy z nich wydają się dość zaskakujący – skupiasz się tu na bohaterach drugiego, albo nawet trzeciego planu. Dlaczego?

Wielu osobom powieść Maylis wydała się z tego powodu dość szokująca – w końcu pokazuje w niej ludzi zajmujących się praktyczną stroną śmierci. Bardzo mnie to zafascynowało, bo zwykle nie rozmawia się o tym, przez co trzeba przejść, by doprowadzić taki proces do końca. W filmach zwykle kładzie się nacisk na emocje, a przecież tyle osób każdego dnia spotyka się z podobnymi tragediami. Razem z moim scenarzystą spędziliśmy sporo czasu w szpitalach – pozwolono nam nawet przyglądać się operacjom.

Myślisz, że ci to pomogło? 

Musiałam zrozumieć, o czym opowiadam. W przeciwnym razie nie byłabym w stanie przekonywująco oddać tego na ekranie. Musiałam z bliska przyjrzeć się pracy koordynatora oddziału, zrozumieć, skąd bierze się jego zachowanie względem pacjentów. Robiąc takie filmy jak Podarować życie nie można opierać się tylko na własnych wyobrażeniach, bo skończyłoby się na telenoweli.

Sukces filmu w 90% zależy od finansów. Jeśli cię na to stać, nie musisz iść na łatwiznę. Miałam środki na to, żeby szukać innych, mniej oczywistych rozwiązań: nie musiałam spoglądać na pewne rzeczy okiem dokumentalisty. Nawet podczas scen zabiegu mogłam bawić się oświetleniem i nadać im dodatkowy wymiar. Myślałam wtedy o malarstwie Caravaggia – ludzi do dziś zadziwia jego znajomość anatomopatologii. No i Cronenbergu.

W tym konkretnym przypadku szczegółowa wiedza może chyba jednak przytłoczyć. Transplantacja to wyjątkowo skomplikowana procedura, także pod względem emocjonalnym. 

To stosunkowo mało „filmowy” temat. Nie obgryzamy paznokci w oczekiwaniu na to, jak to się wszystko skończy; czy bohater przeżyje zabieg czy nie. To, że mu się nie uda wiemy już od samego początku.

Transplantacja zmusza jednak ludzi do zadania sobie kilku bardzo ważnych pytań. Zderzenie ze świadomością, że ktoś inny będzie żył z sercem ich dziecka, jest wyjątkowo trudne dla każdego rodzica. Niektórym pomaga: mają wrażenie, że śmierć ich dziecka nie poszła na marne, bo udało się dzięki temu ocalić komuś życie. Inni nie mogą się z tym pogodzić. Dlatego wydaje mi się, że w takiej sytuacji rodziny powinny mieć prawo powiedzieć „tak” lub „nie”. Bo ta decyzja zostaje potem z nimi przez resztę życia.

Tak, bardzo. Dlatego tak bardzo chciałam pokazać w filmie fragmenty E.T. Wysłałam scenariusz Stevenowi Spielbergowi i sama byłam zaskoczona, że tak szybko się na to zgodził. Ten film kojarzy się z dzieciństwem. Z przyjemnością, jaką dawało doświadczanie kina w rodzinnym gronie. Jest w nim pewna niewinność, której potrzebował mój film. Potrzebował oddechu.

Niektórzy z obsadzonych w filmie aktorów są bardziej rozpoznawalni, ale ich role wcale nie są przez to większe. Jak udało ci  się zachować równowagę?

Musiałam wyjść od bardzo humanistycznego założenia: każdy jest jednakowo ważny. Sława czy rozpoznawalność nie miała żadnego znaczenia, bo w tej historii chodzi o pewną solidarność. Wszyscy wywierają na siebie wpływ.

Staram się dopasować do każdego z moich aktorów. Bez względu na to, czy to dziecko, czy doświadczony gwiazdor. Albo nastolatek, który nigdy wcześniej nie stanął przed kamerą. Staram się nawiązać z nimi więź. Daje mi to energię. W takich historiach jak w Podarować życie chodzi właśnie o ludzi. Nie chciałam, by mój film zamienił się w serię nieprzystających do siebie skeczy. Dlatego tak ważna była odpowiednia oprawa estetyczna – wraz z moim operatorem długo rozmawialiśmy o tym, jak sprawić, by ta historia swobodnie płynęła, dając wrażenie pewnej ciągłości. Aktorzy mieli jej się dać porwać.

To ciekawe porównanie, bo motyw wody odgrywa w tej historii wyjątkowo ważną rolę.  

Scena, kiedy Simon znajduje się nad morzem, była już w książce i zależało mi na tym, żeby ją zatrzymać. Także dlatego, że zwiastuje to, co się stanie później. Niektórym morze kojarzy się z powrotem do macicy matki, do tego, skąd pochodzimy. Kolory, które przeważają potem w szpitalu, te zimne odcienie błękitu i zieleni, także do tego nawiązują. Woda daje życie, ale też je odbiera.

Adaptacja książki zawsze stanowi pewne wyzwanie, a co dopiero powieści cieszącej się tak ogromną popularnością. Czy Maylis de Kerangal pozostawiła ci wolną rękę? 

Postanowiła nam zaufać, ale i tak zależało nam na tym, żeby miała wgląd w kolejne wersje scenariusza. Za każdym razem wspólnie dyskutowaliśmy nad wprowadzonymi zmianami. Więc mogę powiedzieć, że była z nami na każdym kroku.

Praca z pisarzem może być trudna – każdy z nas słyszał o takich przypadkach. Nam się udało. Była to dla mnie ogromna ulga, bo kiedy książka, którą próbujesz przenieść na ekran jest dość znana, cała sytuacja rzeczywiście staje się znacznie trudniejsza. Od początku wiedziałam jednak, że chcę się tego podjąć. To dość zabawne, bo za każdym razem inspiruje mnie coś innego. Mój pierwszy film był bardzo osobisty i nawiązywałam w nim do własnego dzieciństwa. Jako byłam bardzo religijna, ale dość szybko przestałam wierzyć w Boga i zamieniłam religię na kino. Suzanne wzięła się natomiast z lektury książek o partnerkach znanych przestępców jak Mesrine. Miłość do mężczyzn kazała im rabować banki, szły za nich do więzienia. Nie wiem, co przykuje moją uwagę następnym razem. Na pewno coś zupełnie innego.

Katell Quillévére

Francuska reżyserka urodzona w Abidżanie na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Zadebiutowała opartym na wątkach autobiograficznych filmem „Love Like Poison”, który przyniósł jej w 2010 roku nagrodę Jeana Vigo. Za scenariusz do kolejnych, „Suzanne” i „Podarować życie”, była dwukrotnie nominowana do Cezara.

 

 

Komentarze

Udostępnij wpis
Napisane przez:

marta.balaga@gmail.com

Dziennikarka filmowa publikująca w Polsce i za granicą. Pisze m.in. dla "Episodi", "Sirp Eesti Kultuurileht", "La Furia Umana" oraz "Dwutygodnika". Współpracuje z wieloma festiwalami filmowymi, w tym z Helsinki International Film Festival. Uwielbia kino kultowe wychodząc ze (słusznego) założenia, że każdy film powinien być o zombie.