Frantz – rozmawiamy z Francoisem Ozonem!

Nie jest tak, że reżyser powie, jak było, i już

 

François Ozon to nie tylko jeden z najciekawszych współczesnych francuskich reżyserów, ale i jeden z najbardziej aktywnych. Do polskich kin wchodzi właśnie Frantz, będący adaptacją sztuki Maurice’a Rostanda, a już w kolejnym miesiącu widzowie będą mogli zobaczyć najnowszy film Ozona Podwójny kochanek. Oprócz nazwiska reżysera tytuły te dzieli w zasadzie wszystko. Frantz jest opowieścią o miłości, ale i bolesnej konfrontacji z powojenną rzeczywistością. 

Ważnym elementem narracyjnym filmu Frantz jest kłamstwo. Powiedział pan kiedyś, że to dobry punkt wyjścia do snucia opowieści. Dlaczego?

Kino w dużej mierze bazuje na kłamstwie. Wydaje mi się, że często w naszym życiu po prostu go potrzebujemy, podobnie zresztą jak kina. W moich filmach kłamstwo jest metaforą fikcji, zatem  mówienie o kłamstwie to rodzaj mówienia o kinie. Kiedy idziesz na jakiś film, chcesz uwierzyć w historię, na którą patrzysz, i założyć, że wszystko, co widzisz na ekranie, jest prawdziwe. Często okazuje się, że jest dokładnie odwrotnie, co jednak nie przeszkadza ci przyjąć założenia, o którym wspomniałem. Myślę, że właśnie z tego bierze się kłamstwo w tym filmie. Bohaterowie chcą usłyszeć piękną, wzruszającą historię, bez względu na to, czy ona jest jakoś osadzona w rzeczywistości, czy też nie. Interesujące z punktu widzenia reżysera jest podjęcie takiej gry z widzami.

Frantz jest adaptacją sztuki, która wcześniej została na potrzeby kina przełożona przez samego Ernsta Lubitscha. Co sądzi pan o jego adaptacji i jak te dwie wersje się od siebie różnią?

Film Lubitscha bardzo przypadł mi do gustu, ale trzeba pamiętać o tym, w jakim momencie go robił. To był początek lat 30., a co za tym idzie, nie mógł zdawać sobie sprawy, że dojdzie do drugiej wojny światowej. Był pewnie przekonany, że konflikt pomiędzy Francuzami a Niemcami już na dobre się zakończył. Co oddaje chociażby zakończenie jego filmu. A przecież niezwykle ważne, w kontekście tej historii, jest to, co wydarzyło się później, w latach 1939-1944. Wydarzenia drugiej wojny światowej nie pozwoliły już opowiedzieć tej historii w ten sam sposób. Poza tym Lubitsch przyjmuje punkt widzenia francuskiego bohatera. Ja przyjąłem perspektywę niemieckiej dziewczyny. To całkowicie zmienia strukturę filmu.

Akcja filmu koncentruje się na ważnym momencie w historii, tuż po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Wydaje się, że kluczowa jest atmosfera, jaka panowała wtedy między Francuzami a Niemcami.

To był dla mnie bardzo istotny temat. Mamy we Francji mnóstwo filmów o pierwszej wojnie światowej, ale niemal zawsze przedstawiają te zagadnienia z naszego punktu widzenia. Wiemy, co stało się we Francji, ale w zasadzie nie wiemy, co działo się w Niemczech, jakie nastroje panowały wśród zwykłych ludzi. To właśnie jest interesujące, bo kiedy dokładniej analizuje się te wydarzenia, wszelkie ich konsekwencje, można zdać sobie sprawę z korzeni nazizmu, nacjonalizmu czy ogromnej frustracji związanej z przegraną wojną. Tam bardzo szybko kiełkowała chęć rewanżu, bo tym ludziom przez długi czas wydawało się, że to właśnie oni wygrają tę wojnę. Choć nacjonalizm kwitł nie tylko w Niemczech, także we Francji.

Dlaczego zdecydował pan zmienić perspektywę spojrzenia na te wydarzenia z męskiej na kobiecą?

Jeśli film opowiedziany byłby z perspektywy mężczyzny, od samego początku byłoby wiadomo, co zrobił. A mnie bardzo zależało na zachowaniu tego sekretu i stopniowaniu napięcia. Stąd przez pierwszą część filmu zarówno moja bohaterka Anna, jak i widzowie przede wszystkim zadają kolejne pytania. Lubię dawać publiczności okazję do tego, żeby zastanawiała się, jak było naprawdę. Staram się, by nie było to takie oczywiste.

Tajemnica to w ogóle ważny motyw, często powracający w pana filmach.

Lubię dawać widzom poczucie, jakby konstruowali film razem ze mną. By czuli się częścią opowieści i musieli nagłowić się, jak z niej wyjść. Wydaje mi się, że takie wrażenie współuczestnictwa jest niezwykle istotne w kinie. Często kiedy rozmawiam z widzami po pokazach, nie mogę wyjść z podziwu, jak różne interpretacje i uczucia związane z filmem mogą mieć. To jedynie świadczy o tym, że historia żyje, a nie jest tak, że reżyser powie, jak było, i już. Zawsze ciekawiej mieć kilka interpretacji tych samych zdarzeń.

Role odwraca pan też, przyglądając się wygranym i przegranym. Co ciekawego było w przedstawieniu powojennej rzeczywistości z perspektywy tych drugich?

Fassbinder powiedział kiedyś, że znacznie ciekawsze jest przedstawianie historii z perspektywy ofiary. Oczywiście nie postrzegam Niemców jako ofiary wojny, ale jako przegranych. We francuskim kinie utrwalił się stereotyp, że Niemcy to ci źli. Chciałem to odwrócić i pokazać ich z nieco innego punktu widzenia. Przecież ludzie po obu stronach granicy cierpieli dokładnie to samo. Ojcowie, którzy stracili na froncie synów, dzielili ten sam smutek i cierpienie, bez względu na to, czy byli Francuzami, czy Niemcami.

Ciekawym wizualnym pomysłem we Frantzu jest zestawienie czerni i bieli z kolorem.

Czerń i biel pozwoliła mi na osiągnięcie większego realizmu, zwłaszcza że wszystkie wspomnienia z tego okresu są właśnie w takich kolorach. Poza tym to czas ogromnego smutku, żałoby związanej z ogromem śmierci, jaki przyniosła wojna. Uznałem, że będzie to bardziej odpowiednie. W tym samym czasie chciałem pokazać, że do tych miejsc wraca życie, emocje, miłość. Stąd kolor, który posłużył jako chwyt narracyjny.

Powiedział pan, że piękną rzeczą u Anny jest jej „ślepota”. Co pan przez to rozumie?

Anna jest bardzo młodą dziewczyną, ale jednocześnie osobą, która już sporo wycierpiała. Jej narzeczony zginął i ona musi sobie z tym poradzić. Nagle w jej życiu zupełnie niespodziewanie, niczym książę na białym koniu, pojawia się tajemniczy młodzieniec z Francji. Anna chce wierzyć, że w ten sposób miłość do niej wraca. To film o dojrzewaniu, ale i związaną z tym okresem naiwnością. Dziewczyna o czymś marzy, po czym zdaje sobie sprawę, że rzeczywistość jest zupełnie inna. Widać to w wielu momentach, chociażby kiedy podróżuje do Francji i tam konfrontuje się z ludźmi. Chciałem pokazać tę deziluzję. Frantz jest mieszanką wielu rzeczy, nie da się go zaklasyfikować jako jednego gatunku. Zależało mi na tym, żeby pomieszać różne konwencje w obrębie tej samej opowieści. To zawsze ciekawsze, kiedy ma się więcej perspektyw w jednym filmie.

Wywiad był opublikowany w miesięczniku „Kino” nr 8/2017.

 

Francois Ozon

Jeden z najbardziej cenionych, a jednocześnie wszechstronnych francuskich reżyserów i scenarzystów. Jego filmy pokazywane były na festiwalach w Berlinie, Wenecji czy Cannes. Wielokrotnie nominowany do Europejskiej Nagrody Filmowej. W sierpniu na ekrany polskich kin wejdą jego dwa filmy.

 

Komentarze

Napisane przez:

armyy@o2.pl