Wojna o planetę małp – przeczytaj naszą recenzję

Jądro ciemności

 

Trzecie części filmowych trylogii cierpią często na zmęczenie materiału – zamiast scen, które przeszłyby do historii kina dostajemy zwykle ewoki lub Sofię Coppolę rozrabiającą ciasto na gnocchi. Tym większe zaskoczenie, że w przypadku filmu Wojna o planetę małp Matta Reevesa jest wręcz odwrotnie. Pod wieloma względami to najlepsza, a już na pewno najambitniejsza część cyklu.

O technicznej stronie tego widowiska napisano już sporo: mistrz techniki motion-capture Andy Serkis naprawdę powinien dostać za rolę Cezara jakąś dużą i przyjemnie ciężką statuetkę. Inni aktorzy też radzą sobie zresztą doskonale – Terry Notary wykorzystywał nawet zdobyte umiejętności w nagrodzonym Złotą Palmą w Cannes The Square. Największym osiągnięciem wydają się jednak nie tyle efekty specjalne, ile fakt, że po katastrofie jaką była (słusznie) zapomniana wersja Tima Burtona, po raz kolejny udało się zainteresować widzów znajomym wydawałoby się pomysłem. I, co najważniejsze, skutecznie to zainteresowanie podtrzymać.

Choć na próbie opisania nowej trylogii, będącej zarówno rebootem, jak i prequelem można by sobie połamać zęby, tak naprawdę nie ma to najmniejszego znaczenia: to po prostu pierwszorzędne kino. Geneza planety małp, Ewolucja… i teraz Wojna… składają się w wyjątkowo spójną całość mającą coś ciekawego do powiedzenia. Reeves, który wyreżyserował także poprzednią część, nie idzie na łatwiznę. Zamiast dwugodzinnej nawalanki kręci swój własny film o Wietnamie, bo też małpy giną tu jak Willem Dafoe w Platonie, a grający sadystycznego Pułkownika Woody Harrelson myślami jest chyba w samym środku Czasu apokalipsy, wdychając zapach napalmu o poranku.

Takie nawiązania, choć oczywiste, wcale nie przeszkadzają. Przemycając filozoficzne i religijne wstawki Reeves pokazuje przygnębiającą – i zaskakująco realistyczną – wizję rewolucji zjadającej swój ogon. I pomyśleć, że ludzie wciąż utrzymują, że letnie premiery służą wyłącznie jako tło do bezkarnego zapychania się popcornem. Choć też bez przesady – to chyba jedyny znany mi film o wyniszczającej wojnie, w którym pacyfikuje się strażnika rzucając w niego… własnymi odchodami. Małpy znowu silne.

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu obserwuj nas na Facebooku.

Wojna o planetę małp
4 Nasza ocena
Criterion 1

Komentarze

Napisane przez:

marta.balaga@gmail.com

Dziennikarka filmowa publikująca w Polsce i za granicą. Pisze m.in. dla "Episodi", "Sirp Eesti Kultuurileht", "La Furia Umana" oraz "Dwutygodnika". Współpracuje z wieloma festiwalami filmowymi, w tym z Helsinki International Film Festival. Uwielbia kino kultowe wychodząc ze (słusznego) założenia, że każdy film powinien być o zombie.