Ildikó Enyedi: W ciężkich czasach kino ma się dobrze

Węgierskie kino wciąż jest na fali. Po spektakularnym sukcesie Syna Szawła László Nemesa podczas festiwalu w Cannes przed dwoma laty, a następnie Oscarze dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego, przyszedł kolejny ważny triumf. Złoty Niedźwiedź na berlińskim festiwalu trafił w ręce Ildiko Enyedi za film Dusza i ciało, poetycką opowieść o dwójce outsiderów w świecie pełnym regulacji, przepisów i bezdusznych zasad.

Sukcesy kina węgierskiego to podobna sytuacja jak w przypadku filmów z Polski czy Rumunii. W ciężkich czasach kino ma się dobrze – przekonuje Ildikó Enyedi.

 

W pani filmie dwójka bohaterów śni ten sam sen. To w ogóle możliwe czy to czysta fantazja?    

Czysta fantazja. Chociaż jednej z osób pracujących przy naszym filmie ponoć to się zdarzyło. Tyle że nie było specjalnie przyjemne (śmiech). W psychologii nie znalazłam jednak takich przypadków. Kiedy zaczęłam pracować nad scenariuszem, szukałam jakiegoś punktu zaczepienia, który generowałby kolejne pytania. Tak, by każdy mógł nad tym myśleć i zastanawiać się nad możliwymi rozwiązaniami. To było raczej zabawne, stawiać przed sobą pytanie – a co, jeżeli dwoje ludzi śni ten sam sen? W dodatku nie jest to dla nich łatwe. Punktem wyjścia był też poemat autorstwa Agnes Nemes Nagy, który jest dla mnie bardzo ważny. Koło nas każdego dnia przechodzą dziesiątki ludzi. Nie zdajemy sobie nawet sprawy z ich pasji ani problemów. Normalne życie jest heroiczne. To ważny temat tej historii.

Dobrze koresponduje z tym piosenka Laury Marling, która wybrzmiewa w filmie.  

Bardzo lubię tę piosenkę, jak i samą postać Laury Marling. To – pomimo młodego wieku – prawdziwa artystka. Przez pewien czas mieliśmy problem ze zdobyciem praw do tego utworu. Wszyscy naciskali, żebym znalazła coś innego, w końcu na świecie jest tyle znakomitych wokalistek, a tu chodziło o kobiecy głos. Nie mogłam jednak tego zrobić, bo ujął mnie pewien rodzaj ekstazy i płomień, jaki jest wewnątrz Marling. Nie ma w tym przesadnej słodkości, a jednocześnie jest to bardzo emocjonalne. Trzeba mieć jej inteligencję, klasę, poetyckość i pewną gorycz w głosie, żeby nie przekroczyć granicy kiczu. Sposób, w jaki śpiewa i gra na gitarze, bardzo odpowiadał klimatowi, jaki chciałam wytworzyć w „On Body and Soul”.

Na akcję filmu wybrała pani dość nietypowe miejsce, jakim jest nowoczesna rzeźnia.

Zależało mi na tym, żeby znaleźć miejsce, które dobrze oddaje charakterystyczny dla dzisiejszych czasów model pracy. Regulowany przez szereg przepisów, poprawny, bezosobowy. To mogło być biuro wielkiej korporacji, ale uznałam, że podejmując taki temat, dobrze znaleźć najbardziej ekstremalne miejsce z możliwych. Takim była dla mnie rzeźnia i możliwość pokazania, jak funkcjonuje dzisiaj. Każde zachowanie reguluje tam procedura, to miejsce czyste, sterylne, pełne drogich i wyspecjalizowanych maszyn. Przepisy regulują nawet to, w jakim ubraniu można wejść do danej części. Inny przepis ma na celu oszczędzenie zwierzętom okrucieństwa poprzez to, że nie widzą, jak inne są zabijane. Choć pracownicy o nie dbają, to, co tam się dzieje, siłą rzeczy jest trudne do opisania. Pomyślałam, że film jest dobrym sposobem, żeby to wszystko pokazać.

Jednocześnie kontrastuje pani to z obrazami pięknej, dzikiej przyrody, która też w filmie pełni rolę metaforyczną, obrazując historię głównych bohaterów.

Mam taką obserwację związaną z moją rodziną. Mój mąż jest Niemcem, pochodzi z Westfalii, gdzie wciąż mieszka jego brat, który prowadzi hodowlę bydła w tradycyjny sposób. Jego rodzina mieszka w jednej wiosce od wielu lat. Zwierzęta wypasają się na wzgórzach, młode rodzą się na łonie natury. Widać relacje między tymi zwierzętami, napięcia między grupami. To bardzo piękne. Czasami mam wrażenie, że moglibyśmy żyć dużo prościej i dużo więcej czerpać z każdego dnia. To właśnie powód, dla którego chciałam pokazać w swoim filmie dzikie zwierzęta. One nie mają lekko, żyją w lesie pokrytym grubą warstwą śniegu, mają problem ze znalezieniem pożywienia. Ale przynajmniej żyją pełnią życia.

Pani film jest bardzo subtelny, intymny, ale są też w nim mocne sceny, na przykład szlachtowania zwierząt. Dlaczego zdecydowała się pani na takie ekstremum?

Zależało mi na tym, i powiedziałam to wszystkim na planie, żeby pokazać bardzo różne rzeczy, które mogą nam się przydarzyć. Niektóre z nich są bardzo subtelne, inne mniej. Chodziło o to, żeby pokazać je w ten sam sposób, w tej samej przestrzeni. Dobrym przykładem może być scena próby samobójczej głównej bohaterki. Ważne dla mnie było to, żeby nie zmieniać sposobu obrazowania, szybkości, kadrowania. Bo przecież i takie rzeczy, pośród szeregu innych, zdarzają się w normalnym życiu. To dobra okazja, by o tym powiedzieć. Kiedy rzeźnicy zabijają zwierzęta i rozbierają je na kawałki, nie chodzi o podkreślenie dramaturgii czy efekt szoku. To zdarza się każdego dnia, więc nie chciałam tego ukrywać tylko dlatego, że może to być zbyt drastyczne dla widza. Nie powinniśmy od tego odwracać naszej uwagi. Mam jednak świadomość, że było to  ryzykowne. Nasz film przypomina trochę kolejkę górską, do której widz wsiada i mam nadzieję, że z niej nie wysiądzie. Tak naprawdę chyba każdy artystyczny wybór niesie za sobą jakieś ryzyko.

Filmowanie w prawdziwej rzeźni to było trudne doświadczenie?

Przez trzy dni w tygodniu pracownicy mają tam do czynienia ze zwierzętami, w pozostałe dni zajmują się obróbką mięsa. Wtedy mogliśmy być tam dłużej, kręcić wszystkie sceny z dialogami, skoncentrować się na aktorach. W normalny proces funkcjonowania rzeźni byliśmy zaangażowani w niewielkim stopniu. Wtedy przypominało to dokument, kręciliśmy wszystko, co robią pracownicy. Z szacunku do ich pracy nie prosiliśmy ich, żeby zwolnili, przyspieszyli czy powtórzyli jakąś czynność. To były jednak bardzo mocne obrazy, które na długo zapamiętamy.

Jest w filmie scena, kiedy pani bohater przeprowadza rozmowę kwalifikacyjną z potencjalnym kandydatem i mówi mu, że to praca, w której można przejść załamanie nerwowe. 

To prawda, tak właśnie postrzegam to miejsce. Zresztą wiele artykułów o tym traktuje. Tam jest trochę jak na wojnie. Ludzie trafiają w sam środek jakiejś ekstremalnej sytuacji bez jakiejkolwiek mentalnej stabilizacji. Mogą robić takie rzeczy, o których nie myśleli, że są w ogóle do nich zdolni. Ogromną rolę w tym wszystkim spełniał dyrektor rzeźni. To niesamowita i bardzo odpowiedzialna osoba, która naprawdę pomaga swoim pracownikom. Kiedy kogoś zdecyduje się zatrudnić, bardzo blisko przygląda się, jak ta osoba reaguje w danej sytuacji. Na przykład kiedy przyjeżdża samochód z bydłem i trzeba je rozładować na rampie. Ludzie, których tam spotkaliśmy, bardzo nam zaimponowali. Była w nich jakaś naturalna czułość dla tych zwierząt. To, jak je traktowali, dotykali. Nie zauważało się dystansu. W ten sposób oddawali zwierzętom szacunek. To było takie pierwotne, plemienne. Kiedyś ludzie wybierali się na polowanie, zabijali zwierzę, a później oddawali mu hołd i dziękowali za pożywienie, które pozwalało im przeżyć. Nasza obserwacja przypominała mi ten rytuał. Oni pewnie nawet specjalnie o tym nie myśleli, bo to jest ich praca, za którą dostają wynagrodzenie. To było w nich naturalne.

Jak znalazła pani odtwórców głównych ról – Gézę Morcsányiego i Alexandrę Borbély? Tworzą bardzo dobry duet, mimo tego, że mocno się od siebie różnią.  

Jestem im ogromnie wdzięczna. Géza jest człowiekiem z zewnątrz. Jest dramaturgiem, tłumaczem, profesorem na uniwersytecie. Wskoczył w ten dziwny filmowy świat i świetnie się w nim odnalazł. To dla mnie taki węgierski Clint Eastwood, choć trochę młodszy (śmiech). Alexandrę znam z kolei ze szkoły teatralnej. Wiedziałam, że ma bardzo duży talent, ale zupełnie inną osobowość niż postać, w którą się wciela. Co się z tym wiąże – pewnie nigdy nie dostałaby takiej roli. To jednak ciekawe widzieć, kiedy aktor obsadzony jest wbrew swojemu charakterowi i potrafi przeżyć coś zupełnie innego. Dobrze też obserwować jego szczęście, kiedy zdaje sobie sprawę, że podołał temu zadaniu. Dla Alexandry to na pewno było ważne zawodowe i życiowe doświadczenie. Nigdy wcześniej nie czułam chyba takiej harmonii z aktorką. Trudno mi nawet wytłumaczyć sobie dlaczego. W zasadzie nie musiałam jej na planie nic podpowiadać, a jeżeli już, to robiła dokładnie to, o co mi chodziło. Bo choć scenariusz był precyzyjny, ważne było, jak aktorzy przefiltrują go przez siebie. Mieli trochę wolności i dobrze w niej funkcjonowali.

Cały wywiad przeczytać można w styczniowym numerze „Kina”.

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu obserwuj nas na Facebooku.

 

Ildikó Enyedi

Węgierska reżyserka i scenarzystka. Już jej debiut z 1989 roku ‚Mój wiek XX’ przyniósł nagrodę na festiwalu w Cannes. Największą sławę przyniósł jej jednak film ‚Dusza i ciało'.

 

 

Komentarze

Napisane przez:

kuba.armata@gmail.com

Dziennikarz filmowy. Pisze m.in. dla "Dziennika Gazety Prawnej", "Kina", "Magazynu Filmowego" czy Wirtualnej Polski. Autor ponad dwustu rozmów z ludźmi kina m.in. z Davidem Lynchem, Darrenem Aronofskym, Alanem Parkerem czy Xavierem Dolanem. Programer festiwali Netia Off Camera i Forum Kina Europejskiego Cinergia. Członek Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych Fipresci.