Valerian i Miasto Tysiąca Planet – recenzja filmu

Kto bogatemu zabroni…

 

Francuski reżyser Luc Besson po latach zrealizował jedno ze swoich wielkich filmowych marzeń. A marzyć to on potrafi, bo Valerian i Miasto Tysiąca Planet okazał się być najdroższą europejską produkcją w historii. I kolejnym dowodem na to, że pieniądze to nie wszystko. Bo choć pojedyncze kadry zapierają dech w piersi, szybko przekonujemy się, że bez porządnego scenariusza i reżyserskiego nosa ani rusz.

Film jest ekranizacją kultowej francuskiej serii komiksowej, która regularnie ukazywała się od lat 60. ubiegłego wieku. To opowieść o dwójce gwiezdnych agentów – Valerianie i Laureline. Ich misją jest rozwiązanie zagadki unicestwienia jednej z planet oraz zapewnienie bezpieczeństwa stacji Alpha, która stała się domem dla przedstawicieli wielu przeróżnych ras. Kiedy do tego dodać fakt, że przed dwudziestu laty Besson zrealizował imponujący jak na tamte czasy „Piąty element”, wydawało się, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Zwłaszcza, że do tej ekranizacji przygotowywał się ponoć wyjątkowo pieczołowicie, a na przeszkodzie stawały wciąż niedostatki w technologii. Kiedy weszła ona na odpowiedni poziom, czego najlepszy dowód w 2009 roku dał James Cameron w Avatarze, niestety zszedł z niego Besson. Choć prawdę mówiąc sygnały ku temu dawał już w swoich poprzednich produkcjach.

Rzadko zdarza się, że to co w tle jest ciekawsze i znacznie bardziej efektowne niż właściwa akcja. To właśnie przypadek Valeriana. Sekwencje oparte wyłącznie na obrazie, które stanowią zawiązanie intrygi przykują uwagę nawet największych malkontentów. Jednak gdy poznamy bohaterów, co więcej kiedy zaczną wypowiadać swoje kwestie, cały czar pryska. Mam wrażenie, że Besson stracił wyczucie dialogu, który tym razem słucha się wyjątkowo ciężko. Co więcej intuicja zawiodła go w kwestiach obsadowych, bo Dane DeHaan i przepiękna Cara Delevingne, zwłaszcza w duecie, sprawdzają się raczej niespecjalnie. Ciężko w to uwierzyć, mając w pamięci tak znakomite wybory, chociażby w Wielkim błękicie, czy Leonie Zawodowcu. Nietrafione, choć na pozór bardzo efektowne, są też pomysły epizodów na czele z Rihanną i Clivem Owenem.

Wygląda na to, że Besson w tym wszystkim mocno się przeliczył. Gdyby zrobił Valeriana i Miasto Tysiąca Planet dziesięć lat temu, wieszczono by pewnie wtedy techniczną rewolucję, a on zamiast Jamesa Camerona, zostałby jej ojcem. A tak jest jedynie rekordzistą w realizacji wyjątkowo drogiej zabawki. Co więcej takiej, za którą można było zrobić kilka naprawdę dobrych filmów.

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu obserwuj nas na Facebooku.

Valerian i Miasto Tysiąca Planet
2.5 Nasza ocena
Criterion 1

Komentarze

Napisane przez:

kuba.armata@gmail.com

Dziennikarz filmowy. Pisze m.in. dla "Dziennika Gazety Prawnej", "Kina", "Magazynu Filmowego" czy Wirtualnej Polski. Autor ponad dwustu rozmów z ludźmi kina m.in. z Davidem Lynchem, Darrenem Aronofskym, Alanem Parkerem czy Xavierem Dolanem. Programer festiwali Netia Off Camera i Forum Kina Europejskiego Cinergia. Członek Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych Fipresci.