Turyn 2017: Najciekawsze filmy

Podczas 35. edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Turynie jak zwykle położono nacisk na kino niezależne. Nie udało się przy tym uniknąć kilku wpadek: zwycięski dramat Don’t Forget Me w reżyserii Rama Nehari z pewnością zapamiętamy, ale dziwacznego pseudo-horroru Bamy Jun Tanaki – raczej nie. Choć scena, w której bohater okłada nawiedzającego go ducha… parasolem (a potem gumowym młotkiem), z pewnością bardzo nas zaskoczyła. Biedak. 

Oprócz debiutów nieznanych filmowców podczas włoskiego festiwalu zaprezentowano także dzieła doświadczonych twórców, które niedługo trafią na polskie ekrany. Nie wspominając o tym, że zawalczą też pewnie wkrótce o najważniejsze nagrody: The Disaster Artist Jamesa Franco, Darkest Hour Joe Wrighta czy nawet przezabawną satyrę Armando Iannucciego o śmierci Stalina wymienia się już pośród Oskarowych faworytów. I bardzo dobrze, ale nam i tak najbardziej podobała się komedia z lat 50. o pewnym wyjątkowym kocie, który wszedł w posiadanie drużyny baseballowej. W końcu kto powiedział, że na festiwalach odkrywa się tylko nowości?

The Death of Stalin

Wreszcie można napisać, co tak naprawdę myślimy o najnowszym filmie człowieka stojącego za Figurantką i The Thick of It: jest świetny. A wcale być taki nie musiał, bo i temat ryzykowny (Armando Iannucci opowiada o zamęcie, jaki wywołała pośród zaufanych ludzi Stalina jego nagła śmierć w 1953 roku), i wykonanie dość nietypowe. No bo kto normalny obsadziłby w roli Nikity Chruszczowa Steve’a Buscemi? Iannucci najwyraźniej normalny nie jest, ale wychodzi nam to tylko na zdrowie – tak zwariowanej w najlepszym tego słowa znaczeniu obsady nie widzieliśmy od dawna. Do tego jakimś cudem po chwili nawet przestaje dziwić, że do byłego Pythona wszyscy zwracają się per „Mołotow”, a akcent Gieorgija Żukowa wskazuje na wszystko, tylko nie Striełkowkę. Iannucci błyskotliwie i bez prawienia kazań udowadnia, że jak najbardziej można, a nawet trzeba, śmiać się ze wszystkiego. Nawet żądnych krwi dyktatorów, bo tron jest tu jeden, a kandydatów wielu. I tak się ta postępująca anarchia rozkręca, trup ściele gęsto, aż wreszcie jeden zakrzyknie do drugiego: „Jak możesz jednocześnie biec i spiskować?” A skoro już jesteśmy przy dialogach, to za scenariusz do tej perełki prosimy o Oscara.

Darkest Hour 

Winston Churchill, który swoją drogą obchodziłby wczoraj kolejne urodziny, okazał się w tym roku popularniejszy nawet od bohaterów Marvela. Po występie w The Crown, w kolejce czekają już dwa poświęcone mu filmy: niezbyt ciekawie zatytułowany Churchill i właśnie Darkest Hour w reżyserii Joe Wrighta, który w oczach wielu recenzentów wysunął się już na prowadzenie w wyścigu o najważniejsze nagrody. Oby nie mieli racji. Prosimy nie zrozumieć nas źle – to z całą pewnością wyjątkowo sprawnie zrealizowany dramat, który z dobrze znanego wydawałoby się momentu w historii robi dynamiczne widowisko w stylu House of Cards. Nie wspominając o tym, że Gary Oldman za rolę brytyjskiego premiera zgarnie pewnie w tym roku kilka lśniących statuetek, o ile tylko uda się wreszcie ustalić, że to faktycznie on – rozpoznać nie da się go wcale. Nam jednak hurra-patriotyzm filmu Wrighta przeszkadzał, a za ledwo naszkicowane postaci kobiece ktoś powinien tu, brzydko mówiąc, beknąć. Niby jest dobrze, ale stworzonych pod Oskary dramatów o wywrzaskujących na każdym kroku mądralach posyłających ludzi na wojnę widzieliśmy już wystarczająco dużo.

Professor Marston and the Wonder Woman 

Trudno o lepsze wyczucie czasu – po oszałamiającym sukcesie Wonder Woman, film Angeli Robinson z pewnością zainteresuje tych, którzy jeszcze rok temu nie mieli pojęcia, kim był jej twórca. Professor Marston and the Wonder Women to jednak nie tyle kolejny film biograficzny, ile opowieść o związku. A raczej związkach, bo aż do swojej śmierci w 1947 roku William Moulton Marston żył z dwoma kobietami. I to pod jednym dachem. Choć nie brak tu smaczków pozwalających zrozumieć, skąd wzięło się na przykład słynne „lasso prawdy” Diany z Themysciry albo jej zamiłowanie do bondage, umówmy się – nie jest to specjalnie głęboka analiza. W przeciwieństwie do zaskakująco pikantnych wczesnych komiksów o przygodach znanej Amazonki, film Robinson jest przesadnie wygładzony, bohaterowie znacznie atrakcyjniejsi od pierwowzorów i do tego jakimś cudem ciągle świeci tu słońce. Mimo to ogląda się go z przyjemnością. Poza tym zawsze warto sobie przypomnieć, że przed wprowadzaniem w życie seksualnych fantazji należy dokładnie zamknąć za sobą drzwi. Zwłaszcza, jeśli jedna z partnerek lubi przebierać się za pielęgniarkę.

Mary Shelley 

No i kolejna obiecująca reżyserka się nie popisała. Znana dzięki Dziewczynce w trampkach Haifaa Al-Mansour, która kilka lat temu udowodniła, że kobieta może już stanąć po drugiej stronie kamery nawet w Arabii Saudyjskiej, tym razem postanowiła opowiedzieć o autorce Frankensteina. Łatwo ją zrozumieć, bo historia to w końcu przednia – Mary Wollstonecraft Shelley napisała swoją legendarną powieść jeszcze jako nastolatka, wywołując po drodze kilka skandali. Tym większa szkoda, że Al-Mansour brakuje wyobraźni angielskiej pisarki i zbyt często idzie na filmowe skróty – krótko mówiąc, filmów biograficznych najwyraźniej naoglądała się w życiu sporo. Elle Fanning w tytułowej roli bardzo się stara i eksponuje długą szyję aż miło, ale co z tego, skoro o jej bohaterce wiadomo tylko, że bardzo lubiła przesiadywać na cmentarzu. W ogóle dużo się na tym cmentarzu dzieje, ktoś po nim biega, ktoś się całuje, wystarczy dodać kilka głupawych dialogów i bam! Mamy opowiastkę o XIX-wiecznych hipsterach opowiadających sobie historie o duchach. I to dopiero jest przerażające.

Kings 

Daniel Craig, Halle Berry, a po drugiej stronie kamery odpowiedzialna za międzynarodowy sukces Mustanga Deniz Gamze Ergüven. A, i jeszcze Nick Cave i Warren Ellis! No i niech nam teraz ktoś wytłumaczy, jak można nie zrobić dobrego filmu mając do dyspozycji taki zespół. Berry ma tu kręcone włosy, więc od razy wiadomo, że będzie na poważnie. No i jest, bo Ergüven opowiada o krwawych zamieszkach z 1992 roku wywołanych sprawą pobitego przez funkcjonariuszy policji Rodneya Kinga. Po obejrzeniu jej filmu w pamięci zostaje jednak nie tyle historia, która nabrała niedawno aktualności dzięki ruchowi Black Lives Matter, ale najgłupsza sekwencja snu w ostatnich latach i rozwrzeszczany Craig w roli „jedynego białego w dzielnicy”. Kiedy przykuci kajdankami do ulicznej lampy wraz z Halle Berry zaczęli sobie nawzajem zdejmować spodnie, palnęliśmy się w czoło tak mocno, że aż obudziliśmy drzemiącego spokojnie kolegę. Prawdziwa tragedia, ale chyba nie taka, o jaką chodziło.

The Disaster Artist 

Musimy się do czegoś przyznać – połowa zespołu Pół żartem, pół serio – blog filmowy ma prawdziwą obsesję na punkcie The Room Tommy’ego Wiseau, powszechnie (i w pełni zasłużenie) uważanego za najgorszy film wszechczasów. Kiedy więc James Franco postanowił zekranizować autobiograficzną książkę grającego w nim Grega Sestero, który w The Disaster Artist opisał kulisy jego powstawania, z wdzięczności postanowiliśmy wybaczyć mu nawet wyjątkowo nieudolne prowadzenie Oskarów. Niestety, choć sam Franco w roli pochodzącego chyba z księżyca – lub, jak twierdzą niektórzy, Poznania – Wiseau jest tak dobry, że podczas festiwalowej projekcji siedzący tuż obok dziennikarz dwukrotnie pytał nas, co to za jeden, sam film okazuje się jednak zbyt konwencjonalny. Nie da się ukryć, że pomimo znanych twarzy i tak najlepsze są w nim sceny z kultowego pierwowzoru. I wszyscy razem: „You are tearing me apart, Lisa!”

Rhubarb 

Zmęczeni nowościami – i skuszeni faktem, że festiwal w Turynie poświęcił całą sekcję filmowym kotom – wybraliśmy się na sympatyczną komedię Arthura Lubina z 1951 roku, przechrzczoną we Włoszech na Il gatto milionario. Opowiadającą o zwierzaku, któremu pewien milioner przepisał przed śmiercią cały majątek, łącznie… z drużyną baseballową. Jak łatwo przewidzieć, wprowadzić tak nietypową decyzję w życie nie jest łatwo – tytułowy kot jest wredny, ma skłonności kleptomańskie, a na każdym kroku czyha na niego pominięta w testamencie córka zmarłego. Do tego zupełnie jak my w ogóle nie zna się na baseballu. Na szczęście do opieki zostaje mu przydzielony sam Ray Milland. Tak – dokładnie ten sam, który próbował zapić się na śmierć w Straconym weekendzie i planował zabójstwo żony w M jak Morderstwo. Tym razem legendarny aktor bawi się znacznie lepiej, choć ma do czynienia z uczuloną narzeczoną i niespotykanym zbyt często przypadkiem „catnappingu”. Nic dziwnego – żaden, nawet najbardziej zapchlony kot nie może być gorszy od Alfreda Hitchcocka.

Komentarze

Napisane przez:

marta.balaga@gmail.com

Dziennikarka filmowa publikująca w Polsce i za granicą. Pisze m.in. dla "Episodi", "Sirp Eesti Kultuurileht", "La Furia Umana" oraz "Dwutygodnika". Współpracuje z wieloma festiwalami filmowymi, w tym z Helsinki International Film Festival. Uwielbia kino kultowe wychodząc ze (słusznego) założenia, że każdy film powinien być o zombie.