Recenzja filmu Transformers: Ostatni rycerz: Czas apokalipsy

Co z tego, że mamy dopiero czerwiec – Transformers: Ostatni rycerz to najgłupszy film roku. Na taki poziom idiotyzmu nie wniósł się nawet Guy Ritchie w Królu Arturze: Legendzie miecza, choć – uwaga – w obu filmach wątki arturiańskie odgrywają akurat wyjątkowo ważną rolę. To także film okropny, straszny, niezbyt dobry i bardzo zły. I tu pojawia się pewien problem natury etycznej, bo osoby takie jak ja, uwielbiające filmy okropne, straszne, niezbyt dobre i bardzo złe, popłaczą się na nim z radości.

O ile pierwszy film z fenomenalnie popularnej serii w reżyserii Michaela Baya był jeszcze prostą, sympatyczną opowieścią oddającą hołd kultowym zabawkom Hasbro, z upływem czasu amerykański reżyser zupełnie przestał się ograniczać. Czego tu nie ma: wspomnianych wcześniej rycerzy Okrągłego Stołu, wrednego zegarka, który zabił Hitlera (!), Megatrona udającego Hamleta i Johna Turturro żądającego więcej lodu w swoim mojito. Kilka elementów mogło mi umknąć, przyznaję, rycząc ze śmiechu dość trudno się skupić. Nie szkodzi – będą kolejne.

Nie obywa się bez zgrzytów. Zupełnie jak poprzedni film z cyklu, w którym zadebiutował grany przez Marka Wahlberga wynalazca Cade Yeager, Transformers: Ostatni rycerz bywa miejscami zaskakująco rasistowski: roboty porozumiewające się hip-hopowym slangiem to naprawdę niezbyt dobry pomysł. Poza tym Bay bezczelnie podkrada z Przebudzenia mocy, mamy więc i nową Rey, i BB-8. Ale tylko przez moment, bo filmowiec cierpi na zanik pamięci krótkotrwałej: wystarczy chwila nieuwagi i nagle Sir Anthony Hopkins włamuje się do siedziby premiera na Downing Street, a gdy wydaje się, że już naprawdę nie da się tu nic więcej wcisnąć, pojawia się łódź podwodna. Nic dziwnego, że na pytanie jak jedna z bohaterek znalazła się w dość niespodziewanym miejscu, odpowiada zgodnie z prawdą: „Nie wiem”.

„Groza, groza” – szeptał w Czasie apokalipsy pułkownik Kurtz i podczas seansu aż chciałoby się powiedzieć to samo, bo Bay zderza ze sobą już nie tylko roboty, tylko całe planety. Jedno trzeba mu jednak przyznać – jest coś fascynującego w tej obezwładniającej anarchii, która prawie rozrywa ekran na strzępy. I można tylko pomarzyć, że po odczekaniu kilku lat ktoś pokaże ten film widzom o północy, najlepiej w zestawieniu z Władcami wszechświata. Jest na co czekać.

Transformers: Ostatni rycerz
3 Nasza ocena
Criterion 1

 

Komentarze

Udostępnij wpis
Napisane przez:

marta.balaga@gmail.com

Dziennikarka filmowa publikująca w Polsce i za granicą. Pisze m.in. dla "Episodi", "Sirp Eesti Kultuurileht", "La Furia Umana" oraz "Dwutygodnika". Współpracuje z wieloma festiwalami filmowymi, w tym z Helsinki International Film Festival. Uwielbia kino kultowe wychodząc ze (słusznego) założenia, że każdy film powinien być o zombie.