Spider-Man: Homecoming – recenzja filmu

Szczenięce lata

 

Kolejny dowód na to, że kino bywa jeszcze bardziej nieprzewidywalne od wyborców. Choć wydawało się, że świat – ani tym bardziej ja – naprawdę nie potrzebuje następnej wersji przygód Spider-Mana (a już na pewno nie tak szybko – od premiery drugiej części przedwcześnie pogrzebanej serii Marca Webba minęły zaledwie trzy lata), dawno z taką przyjemnością nie przyznawałam się do błędu: Spider-Man: Homecoming to rewelacja. Bez względu na to, co zaczynano szeptać po kątach, pozycja Marvela wciąż pozostaje niezagrożona.

Najnowsza odsłona „trzeciej fazy” amerykańskiego studia wydaje się skierowana do jeszcze młodszego widza – w przeciwieństwie do nieszczęsnego Batmana nie robi się coraz mroczniej, tylko coraz zabawniej. Może dlatego, że główny bohater nie walczy jeszcze z własnymi demonami, a raczej przysypia na lekcjach albo bezczelnie przygląda ładnej dziewczynie na szkolnej stołówce. Gdyby zapomnieć na chwilę o supermocach i coraz bardziej zaawansowanych kostiumach, których ukrytych funkcji nie zna czasem nawet sam właściciel, film Jona Wattsa to przede wszystkim najlepsza młodzieżowa komedia od lat.

No właśnie – wreszcie jest Peter Parker, jak Pan Bóg przykazał, nastoletnim smarkaczem. Dużo by chciał, ale niewiele potrafi, za to zirytować udaje mu się każdego: od nauczycieli po Tony’ego Starka. Brytyjczyk Tom Holland, stanowiący już wcześniej najlepszy element Kapitana Ameryki: Wojny bohaterów, sprawdza się w tej roli znakomicie: to nadpobudliwy dzieciak, który zamiast się skupić kręci filmiki na telefonie albo ogląda własne występy na YouTubie. Z pomocą niesioną uciśnionym też bywa różnie, bo najpierw działa, potem myśli. I potem zostaje z rowerem w rękach, bo chyba go skradziono, pytanie tylko komu.

Choć jak przystało na film Marvela pod koniec tempo nieco siada, wiadomo – bez finałowej nawalanki się nie obejdzie, to i tak nie ma właściwie na co narzekać. Sceny akcji mają w sobie dynamizm, a Vulture, czarny charakter grany przez Michaela Keatona, osobowość i motywację, którą łatwo zrozumieć. Poza tym Watts nie wciska tu na siłę kolejnych postaci, z trudem upychając je w kadrze. To chyba pierwszy od dawna film o Avengersach, o którym nie można powiedzieć, że jest przeładowany.

Bezpretensjonalny, zabawny, niegłupi – Jon Watts, który wcześniej nie zrobił tak naprawdę…  niczego, zapewnił sobie  filmem Spider-Man: Homecoming sześciocyfrowe czeki i wieloletnią karierę. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że za innymi ofertami zacznie rozglądać się dopiero za jakiś czas. Na razie powinien zostać dokładnie tam, gdzie jest.

Spider-Man: Homecoming
4 Nasza ocena
Criterion 1

 

 

Komentarze

Napisane przez:

marta.balaga@gmail.com

Dziennikarka filmowa publikująca w Polsce i za granicą. Pisze m.in. dla "Episodi", "Sirp Eesti Kultuurileht", "La Furia Umana" oraz "Dwutygodnika". Współpracuje z wieloma festiwalami filmowymi, w tym z Helsinki International Film Festival. Uwielbia kino kultowe wychodząc ze (słusznego) założenia, że każdy film powinien być o zombie.