Ricardo Darín: Najważniejszy jest papież, Messi i Maradona

W najnowszym filmie irańskiego reżysera Asghara Farhadiego Wszyscy wiedzą, otwierającym zeszłoroczny festiwal w Cannes, urodzony w Buenos Aires Ricardo Darín gra Alejandro – męża Hiszpanki Laury (Penélope Cruz), powracającej do rodzinnego miasteczka niedaleko Madrytu na ślub siostry. Gdy w samym środku hucznych obchodów nagle znika jej nastoletnia córka, zapomniane tajemnice szybko wychodzą na jaw. I wreszcie trzeba się z nimi zmierzyć. 

Wszyscy wiedzą – Fot. Materiały prasowe/Gutek Film

„Kiedyś nieźle mu się powodziło, ale wszystko się zmieniło. Zostaje w domu, by szukać pracy, a potem musi nagle wrócić do miejsca, gdzie wszyscy uważają go za człowieka sukcesu i gdzie mieszka dawny kochanek żony. Tragedia” – podsumowuje Darín, który dzięki rolom w Dziewięciu królowych i Sekrecie jej oczu stał się najbardziej rozpoznawalnym argentyńskim aktorem na świecie. Choć sam w życiu się do tego nie przyzna. „W Argentynie najważniejszy jest papież, Messi i Maradona. To są prawdziwe gwiazdy” – mówi. „Jestem tylko zwykłym kolesiem, którego czasem ktoś rozpozna na ulicy. Ale sam do końca nie wie skąd.”

Asghar Farhadi nie mówi po hiszpańsku, ty, jak sam przyznajesz, ciągle szlifujesz swój angielski. Jak udało wam się porozumieć?

Połowa aktorów powie ci, że granie w innym języku to zupełnie inna bajka. Przede wszystkim dlatego, że aktor powinien przede wszystkim myśleć, a wtedy myśli się zupełnie inaczej. Albo wcale! Wielu jednak to robi i nic, tylko pogratulować – udaje nam się was wszystkich nabrać [śmiech]. Praca z reżyserem, który nie do końca cię rozumie, jest fantastyczna. Macie dokładnie ten sam problem! Poza tym ktoś mógłby powiedzieć, że to ja nie mówię w jego języku. Nikt nie czuje się lepszy.

Na szczęście sztuka, bez względu na to, czy mowa o malarstwie, rzeźbie czy muzyce, stanowi tak naprawdę jedyny w pełni uniwersalny komunikat. Więc ostatecznie skończyło się na kilku słowach po angielsku, kilku po hiszpańsku i bardzo chaotycznej gestykulacji. Po tym filmie mogę stwierdzić z pełnym przekonaniem, że język ciała doskonale wpływa na budowanie relacji międzyludzkich. Kiedy wreszcie udawało nam się porozumieć, skakaliśmy z radości. 

Znałeś wcześniej jego filmy? Na przykład nagrodzone Oscarami Rozstanie czy Klienta?

To właśnie one sprawiły, że nikt z nas nie zastanawiał się dłużej nad przyjęciem roli. Potem doszedł do tego scenariusz, udział Javiera [Bardema], Penélope, Inmy Cuesty, Elviry Mínguez  i wielu wspaniałych aktorów, z którymi zresztą już wcześniej pracowałem i których uważam za dobrych przyjaciół. Z Asgharem Farhadim po raz pierwszy spotkaliśmy się w Madrycie, gdzie starałem się mu grzecznie wytłumaczyć, że mam już inne zobowiązania i niestety nie uda mi się zagrać w jego filmie. Zupełnie to zignorował, opowiadając mi, jak bardzo kocha teatr. Kiedy powiedziałem, że wystawiamy właśnie Sceny z życia małżeńskiego, otworzył szeroko oczy i przyznał, że to właśnie Ingmar Bergman sprawił, że postanowił zająć się reżyserią. Potem nie było już odwrotu. 

Może dlatego jego współpracownicy twierdzą, że to jeden z nielicznych reżyserów, który zawsze ma czas na stworzenie wielowymiarowych postaci?

Przedstawiana tu historia wykracza poza sam film – to, co spotyka tych ludzi, te wszystkie rozczarowania i gierki, można by spokojnie umieścić w zupełnie innym kontekście. Z Farhadim zresztą zawsze tak jest. Na planie jest bardzo uważny, od razu wyczuwasz w nim cichą determinację. Wie, co chce przekazać i nie boi się pozwolić ci na wyrażanie emocji. Gdy ludzie idą do kina na jego film, wychodzą bogatsi o coś więcej. Coś, nad czym mogą jeszcze długo myśleć. Właśnie tak podsumowałbym chyba jego kino: to reżyser, który daje ci coś więcej. W moim wieku praca z ludźmi, którzy nie są w stanie nauczyć cię niczego nowego, nie ma zresztą najmniejszego sensu.

Ricardo Darin – Fot. Materiały prasowe

Grany przez ciebie Alejandro jest osobą z zewnątrz – outsiderem, który jako jedyny nie zawsze potrafi połapać się w obowiązujących tu relacjach. Penélope Cruz, a raczej Laura, staje się jego przewodniczką.  

Do tego jest głęboko religijny, a ja wcale. Jak przystało na byłego alkoholika, Alejandro desperacko poszukuje pomocy i jest przekonany, że to Bóg wyciągnął do niego przyjazną dłoń. Wciąż powtarza, że to On go ocalił. Gdy jego córka nagle znika, próbuje dopatrzyć się w tym jakiegoś znaku, wyzwania. Myśli, że ktoś próbuje sprawdzić głębokość jego wiary i gdy staje się to zbyt bolesne, zaczyna tracić grunt pod bogami. Jak zresztą cała reszta tej dziwnej rodziny. 

Nigdy wcześniej nie pracowałem z Penélope, ale szybko znaleźliśmy sposób na to, żeby trochę pobawić się na planie – jej bohaterka, choć pochodzi z Hiszpanii, mówi w filmie z argentyńskim akcentem. Trochę jej w tym pomogłem. To bystra, odważna aktorka i szybko zrozumiała, że w ten sposób znacznie lepiej podkreśli łączącą ich więź. W końcu są małżeństwem, Laura od lat mieszka w Argentynie – nic dziwnego, że czasem to słychać. Wiedzieliśmy, że zauważy to może garstka widzów, a nasz reżyser tylko wzruszył ramionami. Ale i tak chcieliśmy to zrobić. 

Kilka lat temu stwierdziłeś, że nie podoba ci się sposób, w jaki w Hollywood pokazuje się Latynosów ani proponowane im role. Ciągle tak uważasz?

Hollywood bardzo się zmieniło, ale cóż – potem pojawił się Trump. Nie wydaje mi się, żeby popchnął swój kraj we właściwym kierunku. Nie mam problemu z Hollywood, mam problem z tym, co mi tam oferowano. Artyści i ludzie związani z branżą filmową naprawdę walczą teraz o to, żeby choć trochę zmienić obowiązujące reguły, szukają nowych sposobów opowiadania historii. Naprawdę nie wydaje mi się jednak, żeby granie w anglojęzycznych filmach zawsze musiało od razu oznaczać jakiś społeczny awans, choć pewnie nie odmówiłbym takiemu Martinowi Scorsese. Na szczęście mój angielski wciąż pozostawia wiele do życzenia, więc na razie nie mam się czym martwić. 

Nigdy nie kusiło cię, żeby zupełnie odciąć się w ten sposób od oczekiwań wobec twojego nazwiska? W końcu pochodzisz z rodziny znanych argentyńskich aktorów. 

Jestem z natury nieodpowiedzialny. Nigdy nie byłem niczego wystarczająco świadomy, a już na pewno nie na tyle, żeby się tego bać. Wiedziałem, ile osiągnęli w Argentynie moi rodzice [Ricardo Darín i Renée Roxana], ale nigdy mnie to nie przerażało. Czułem dumę, że łączy nas także wybrany zawód. Do tego moje dzieci najwyraźniej podchodzą do tych kwestii bardzo podobnie, bo mój syn też został aktorem – niedawno zagrał w [prezentowanym także w Cannes] dramacie „El Ángel” Luisa Ortegi. Na szczęście ma wygląd po matce. 

To zabawne, bo rozmawiając o takich rzeczach zdaję sobie sprawę, że dopiero teraz zaczynam oglądać się za siebie – wcześniej nigdy mi się to nie zdarzało. Zamiast o rolach, wolałem dyskutować o piłce nożnej. Wciąż to wolę. 

Ricardo Darin – Fot. Materiały prasowe

Po zrobieniu Trumana [pokazywanego także w Polsce komediodramatu w reżyserii Cesca Gaya] zadeklarowałeś, że nie przyjmiesz już żadnej roli, o ile nie będzie w niej choć odrobiny humoru. Chyba o tym na chwilę zapomniałeś?

Zawsze opowiadam jakieś głupoty, gdy za dużo wypiję [śmiech]. Nie powinno się mnie nigdzie wypuszczać bez prawnika, a już na pewno nie pozwalać rozmawiać z ludźmi. 

Prawda jest taka, że po wielu latach wreszcie mogę pozwolić sobie na to, żeby wybierać. To luksus, bo większość aktorów po prostu cieszy się, gdy może pracować. Chcą przeżyć i utrzymać rodziny – nikt nie myśli o tym, czy dana rola spełnia ich „wymagania”. Często przyglądałem się niezwykle utalentowanym ludziom, którzy latami grali w głupawych serialach czy operach mydlanych i zamiast narzekać, po prostu starali się zrobić to jak najlepiej. A czasem jest to cholernie trudne, no bo ile można udawać lekarza, albo jego cudem odnalezionego brata bliźniaka?! W Argentynie jest całe mnóstwo aktorów i aktorek, którzy są ode mnie znacznie lepsi: Leonardo Sbaraglia, Oscar Martinez. Mam tego pełną świadomość i po prostu cieszę się z tego, co mam. Znałem zresztą kiedyś w Hiszpanii pewnego kierowcę, który wożąc mnie z jednego miejsca na drugie ciągle powtarzał, że powinienem zagrać Jamesa Bonda. Że z moimi niebieskimi oczami byłbym idealny, że to skandal i zaraz napisze do producentów. Błagałem go, żeby tego nie robił. Wolałbym już zagrać jego dziewczynę. 

 

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu obserwuj nas na Facebooku.

 

Komentarze

Napisane przez:

marta.balaga@gmail.com

Dziennikarka filmowa publikująca w Polsce i za granicą. Pisze m.in. dla "Episodi", "Sirp Eesti Kultuurileht", "La Furia Umana" oraz "Dwutygodnika". Współpracuje z wieloma festiwalami filmowymi, w tym z Helsinki International Film Festival. Uwielbia kino kultowe wychodząc ze (słusznego) założenia, że każdy film powinien być o zombie.