Penisy, alkohol i role poniżej godności – taki był nasz rok 2017 (w kinie)

Podczas gdy co chwilę pojawiały się kolejne, niemal identyczne filmowe podsumowania 2017 roku, my postanowiliśmy podejść do sprawy, hmm, trochę inaczej. Powiedzieć, że to alternatywne TOP 10, to nic nie powiedzieć. Czytacze o słaby nerwach lepiej niech odpuszczą sobie już teraz…

 

10. Najgłupszy film, który z niewiadomych przyczyn całkiem nam się podobał: MONSTER TRUCKS

Zastanawialiście się kiedyś, co zrobiłby król kina klasy B Roger Corman, gdyby nagle miał do rozdysponowania 125 milionów dolarów? Już nie musicie – zapewne to samo, co Chris Wedge. Człowiek, który wcześniej zasłynął dzięki roli – przysięgamy, że to prawda – wiecznie goniącego za żołędziem Scrata z Epoki lodowcowej, tym razem wyreżyserował pocieszne widowisko o popijającym ropę stworze, który z łap wrednej (wiadomo) korporacji trafia prosto pod maskę ciężarówki nastoletniego Trippa. Wszystko to już kiedyś widzieliśmy: dorastającego bez ojca chłopaka marzącego o lepszej przyszłości, nie aż taką znowu drętwą szkolną prymuskę i Roba Lowe’a robiącego z siebie kretyna dla kolejnego czeku, ale co z tego – potwory i ciężarówki to dla nas prawie tak dobre połączenie jak węże w samolocie. Choć publiczność nie dopisała, ‚Monster Trucks’ ma w sobie urok kina z lat 80. (pamiętacie Wstrząsy?) i więcej serca niż trwające coraz dłużej filmy o superbohaterach. Wciąż nie mamy jednak pojęcia, na co wydano tu tyle kasy. Na ropę?

 

9. Największe rozczarowanie: KUCYK MATTA DAMONA

Z ‚Wielkiego muru’, czyli najdroższego filmu, jaki kiedykolwiek powstał w Chinach nabijaliśmy się już nieraz. Ale ani teoria, jakoby największa budowla wzniesiona przez człowieka powstała tylko po to, by bronić się przed przypominającymi wyrośnięte jaszczurki potworami, ani posegregowana kolorami armia wykonująca cały szereg absurdalnych czynności nie mogły równać się z jego największą gwiazdą: kucykiem Matta Damona. Nowa fryzura aktora nie tylko doczekała się własnego konta na Twitterze, ale też sprowokowała całą serię niewybrednych komentarzy. Do momentu, kiedy Damon po raz kolejny zepsuł wszystkim zabawę przyznając, że jego kucyk to zwykła, choć oczywiście po hollywoodzku wypasiona dopinka. Która swoją drogą najwyraźniej bardzo mu się spodobała, bo nie zdejmował jej nawet podczas wywiadów. Nic dziwnego, że przez cały czas trwania filmu goniły go wkurzone zielonkawe stwory. Pewnie chciały się przekonać, czy to prawda.

 

8. Najlepsza filmowa impreza w supermarkecie: AMERICAN HONEY

Na szczęście dla Andrei Arnold hulające po YouTubie amatorskie wideo sióstr Godlewskich, śpiewających w Tesco do karpia nie mieści się w tej kategorii. W innym wypadku mielibyśmy pewnie solidną zagwozdkę. A tak z czystym sumieniem możemy ogłosić, że jeśli iść na supermarketowe party, to tylko z ferajną z ‚American Honey’. Ale czemu się dziwić skoro królem imprezy jest tu sam Shia LaBeouf, który dla łatwiejszej identyfikacji postanowił zdjąć na chwilę papierową torbę z głowy. W sumie jesteśmy w stanie go zrozumieć, bo gdy usłyszymy Rihannę, to też wariujemy, mamy ochotę rzucić wszystko i wskoczyć na kasę w jakiejś Biedronce czy innym Fresh Markecie. Każdy orze jak może.

 

7. Największa wtopa: MEL GIBSON OPOWIADAJĄCY DOWCIPY O PROSTYTUTKACH.

I to… martwych. Ciężko stwierdzić, co twórcy komedii ‚Co wiecie o swoich dziadkach?’ próbowali osiągnąć tak niesmaczną sceną. Nawiązać do jego rozstania z Oksaną Grigoriewą, którą określał mianem „świni w rui”? Rasistowskich bluzgów, którymi zatrzymany za jazdę po pijanemu obrzucił policjanta? A może dość nietypowego żądania, by pewien krytykujący go dziennikarz przyniósł mu swoje „wnętrzności na patyku”? Kiedy w 2011 roku Ricky Gervais nabijał się z aktora podczas gali rozdania Złotych Globów („Nasza pierwsza prezenterka jest piękna, utalentowana, podobno jest też Żydówką. Mel Gibson mi to powiedział – ma na tym punkcie prawdziwą obsesję”) wydawało się, że to już koniec jego wieloletniej kariery. Potem nakręcił jednak chwaloną przez wszystkich ‚Przełęcz ocalonych’ i okazało się, że ludzie wciąż kochają starego, dobrego Mela o niewyparzonej gębie. W dobie #MeToo i #TimesUp, Hollywood wciąż zapomina szybciej niż rybka Dory.

Z ostatniej chwili: za rolę niegrzecznego dziadka właśnie nagrodzono Gibsona nominacją do Złotej Maliny. Najwyraźniej nie tylko my nie znamy się na żartach.

 

6. Najmocniejszy polski akcent w Cannes 2017: SOBIESKI 

Polskie kino ma się coraz lepiej. To fakt, nie opinia. Jesteśmy obecni prawie na każdym większym festiwalu. Wenecja, Berlin, Toronto, San Sebastian, Karlowe Wary. Świetnie, ale jak mawiali w pewnej reklamie: „prawie robi wielką różnicę”. W Cannes, przynajmniej w tych najważniejszych sekcjach, jak nas od dłuższego czasu nie było, tak wciąż nas nie ma. To pewnie temat na dłuższą dyskusję, bo kto wie czy od jakości filmu, ważniejszy nie jest tu przypadkiem lobbing i zakulisowe rozgrywki, ale z faktami się nie dyskutuje. Wychodzi na to, że za najmocniejszym polskim akcentem należało się podczas ubiegłorocznej edycji rozglądać nie w kinie, a w pobliskim supermarkecie. I choć Król reprezentował nas godnie, mamy nadzieję, że już od najbliższej edycji będą inne powody do tego, by napisać „nasi tu byli”. Zwłaszcza, że był już taki rok, kiedy polski film zarówno otwierał, jak i zamykał ten najbardziej prestiżowy z festiwali.

 

5. Najbardziej niewdzięczna rola: POWIERNIK KRÓLOWEJ W POWIERNIKU KRÓLOWEJ

Tak – ‚Powiernik królowej’ w reżyserii Stephena Frearsa to tak naprawdę ‚Jej wysokość Pani Brown 2’. Z tym, że przyjaciela królowej Wiktorii tym razem zagrał nie Billy Connolly, a Ali Fazal, bo historia dotyczy jej szokującej dla wielu zażyłości z indyjskim urzędnikiem Abdulem Karimem. Rozumiemy, nie każdego dnia można zagrać u boku Judi Dench. Ale przyjmując rolę Fazal strzelił sobie w stopę – które notabene ciągle tu całuje – bo choć ‚Powiernik królowej’ usiłuje być sympatyczną opowiastką o więzi silniejszej niż, eeee, coś tam, w rzeczywistości powiela tylko głupie stereotypy. No i znowu, jak w każdym brytyjskim filmie opowiadającym o Indiach, oglądamy dzieci biegające po zatłoczonych ulicach, potem rozmawia się o przyprawach, rzeżączce i niefortunnych wypadkach z udziałem – wiadomo – słoni. Choć jedno trzeba przyznać – po wysłuchaniu kilku mądrości w stylu „życie jest jak dywan”, nagle nachodzi człowieka przemożna chęć, by wciągnąć nosem cały kopczyk garam masali.

 

4. Największy dystrybucyjny WTF: WIND RIVER nie w kinach, a na DVD

Są rzeczy, których nie rozumiemy i pewnie nie zrozumiemy. Przygotowując dla was co tydzień krótkie recenzje premier, nie możemy się nadziwić jak dużo filmów wchodzi w każdym miesiącu do polskich kin. Umówmy się, część z nich to szrot. Nie tylko pod względem artystycznym, ale i komercyjnym, bo jak nazwać sytuację, w której film (pomińmy już tytuł) gromadzi w pierwszy weekend 300 widzów. Nawet największy magik Excela się z tego nie wybroni. A potem w twarz dostajemy informacją, że ‚Wind River’ nie wejdzie na ekrany polskich kin, a od razu trafi na DVD. Skąd ten bulwers?

Po pierwsze – Taylor Sheridan. Szalenie utalentowany amerykański scenarzysta (‚Sicario’, ‚Aż do piekła’) i niezły aktor (pojawił się nawet w ‚Dr. Quinn’) postanowił spróbować swoich sił za kamerą. Poszło świetnie, co docenili nawet canneńscy decydenci, włączając film do oficjalnej selekcji, a w przypadku kina gatunkowego to nie jest reguła.

Po drugie – Jeremy Renner. Ok, nie jest to może aktor z hollywoodzkiej pierwszej ligi, ale dwie nominacje do Oscara ma, w ‚Avengersach’ zagrał, z twarzy wszyscy go raczej kojarzą.

Po trzecie – to nie jest film niszowy, nakręcony dla garstki zapaleńców, a zrobiony według gatunkowych prawideł, porządny, trzymający w napięciu thriller. Odnajdzie się na nim zarówno bywalec DKF-ów, jak i ktoś kto do kina chodzi od święta. Powiedzielibyśmy nawet, że w grę wchodzi randka, ale biorąc pod uwagę temat, chyba jednak nie. Tak czy siak, słupki powinny się zgadzać.

Po czwarte – patrząc na sposób realizacji i plenery, które są tu po prostu kolejnym bohaterem opowieści, nie ma wątpliwości, że to film wybitnie kinowy, nie telewizyjny. Niezależnie od tego jak duża plazma wisi na ścianie.

 

3. Najlepsze filmowe nawiązanie: JEŹDZIEC ZNIKĄD W LOGANIE: WOLVERINE

‚X-Men geneza: Wolverine’? ‚Wolverine’?! Nie ma co, Hugh Jackman w roli naszego ulubionego mutanta był zawsze o wiele lepszy od poświęconych mu filmów, z których najwyraźniej wszystkie miały dokładnie takie same tytuły. Do czasu.
W ‚Loganie’, James Mangold (swoją drogą nominowany za swój scenariusz do Oscara) wreszcie pokazał, że Wolverine należy tak naprawdę nie tyle do Marvela, ile raczej Sergia Leone. To taki nasz współczesny kowboj – porządek w mieście zaprowadzi, złoczyńców przepędzi albo na szpony nadzieje i co? I nic, nikt mu nawet nie podziękuje.
Mangold westerny zna, w końcu nakręcił wcześniej niezły remake ‚3:10 do Yumy’ Delmera Davesa. I tą wiedzę tu wykorzystuje, bo nagle nawet Caliban chodzi ubrany w poncho Eastwooda, a zniedołężniały Charles Xavier ogląda w pokoju hotelowym ‚Jeźdźca znikąd’. Który może i powstał w 1953 roku, ale tak naprawdę opowiada przecież właśnie o nich. I tylko trochę szkoda, że nastąpiło to tak późno, a Wolverine odjechał już w siną dal. Zupełnie jak Alan Ladd, który tak żegnał się w filmie George’a Stevensa z zaprzyjaźnionym chłopcem.

– Wyjeżdżam stąd. Człowiek nie może postępować wbrew sobie. Grać nieprzypisanej sobie roli. Próbowałem, ale nic z tego nie wyszło.

– Ale my cię potrzebujemy!

– Nie można żyć normalnie, jeśli się zabijało. Nie ma powrotu do normalności. To jest jak piętno, którego nie można usunąć. Nie ma powrotu. Biegnij do mamy i powiedz jej, że wszystko w porządku. Że w dolinie nie ma już broni.

– Shane, to krew! Jesteś ranny!

– Nic mi nie będzie. Wracaj do rodziców i wyrośnij na silnego i uczciwego mężczyznę. Dbaj o nich.

– Nie mógłby cię postrzelić, gdybyś go widział, nie zdążyłby nawet wyciągnąć broni. Tata ma dla ciebie pracę, a mama cię potrzebuje. Shane! Wracaj!!!

No i znowu się, cholera, wzruszyliśmy.

 

2. Najobrzydliwsza scena w najobrzydliwszym filmie: WYMIOTUJĄCE EMOJI

A następnie to, co zwymiotowało zjadające.
Oglądaliśmy w tym roku dużo dziwnych filmów, widzieliśmy ‚Baywatch. Słoneczny patrol’, ‚Mumię’ i – no cóż – ‚mother!’, ale i tak nic nie przebije tej koszmarnej animacji. Naprawdę trudno zrozumieć, jakim cudem aż cztery osoby (CZTERY!) dostały kasę za napisanie do niej scenariusza. Ktoś wspomina o hasztagu czy apce, potem zarzuca się filmikiem z kotem i to by było na tyle jeśli chodzi o samą fabułę. Do tego kolorów tu tyle, że jak już kiedyś pisaliśmy w pewnym momencie nawet jednorożce zaczęłyby pocierać sobie nerwowo oczy. Nic dziwnego, że jeden z bohaterów aż się z wrażenia pochorował. Co za dużo, to niezdrowo.

 

1. Najlepszy film z chodzącym… penisem: TOP KNOT DETECTIVE

Zdajemy sobie sprawę, że wielkiej konkurencji tu pewnie nie było, ale film Aarona McCanna i Dominica Pearce’a podbił nasze serca do tego stopnia, że postanowiliśmy przyznać mu najwyższy laur w naszym podsumowaniu. Dlaczego? Powodów jest wiele:

Chodzący penis – wiadomo

Wieczna miłość do home video – a jakże

Seks, ninja i karaoke – nasze ulubione połączenie!

Zresztą ten świetny mockument (!) to jeden z tych filmów, o którym czego byśmy nie napisali, zawsze będzie mało. To po prostu trzeba zobaczyć. Poniżej mała próbka!

Komentarze

Napisane przez:

armyy@o2.pl