Przed nami bardzo pracowity tydzień, bo w polskich kinach aż dziewięć premier! Opisujemy i oceniamy dla was pięć z nich, z Fantastyczną kobietą i nowym Blade Runnerem na czele. Dłuższa recenzja tego ostatniego, podobnie jak bardzo ciekawego Photonu Normana Leto już niebawem na łamach bloga. 

 

 

Blade Runner 2049

Umówmy się: nie wszystkie filmy potrzebują sequeli. Do niedawna Blade Runner Ridley’a Scotta znajdował się na liście tytułów „nietykalnych” – każdą wzmiankę o ewentualnej kontynuacji przyjmowano wzruszeniem ramion bądź wybuchami (w pełni) uzasadnionej agresji. Kanadyjski reżyser Denis Villeneuve postanowił jednak, mówiąc potocznie, po prostu to olać. Co gorsza, zrobił świetny film – Blade Runner 2049 to fantastyczne, dające do myślenia widowisko. Nie ma sensu porównywać go do poprzednika, który przez lata obrósł już w mity i niezliczone teorie. Także dlatego, że na każdym kroku widać tu szacunek do przedstawionej wtedy wizji świata. Jest tylko pewien mały problem. Sukces Villeneuve’a oznacza tak naprawdę jedno: filmów „nietykalnych” już nie ma, koniec, pozamiatane. Teraz przyjdzie pewnie czas na kontynuacje Big Lebowskiego albo nawet Obywatela Kane’a. A nie wszystkie filmy potrzebują sequeli.

Ocena: 4

 

Twój Vincent

Wizualny majstersztyk, scenariuszowy średniak. Nie mamy wątpliwości, że to jedno z większych osiągnięć światowej animacji ostatnich lat, zwiastujące co najmniej oscarową nominację. W końcu w filmie Doroty Kobieli i Hugh Welchmana „ożywa” blisko sto dzieł Vincenta Van Gogha nad czym przez kilka lat pracowała cała armia malarzy z całego świata. Narracyjnie powtórzony jest tu schemat znany dobrze z Obywatela Kane’a czy Rashomona. Bo Twój Vincent to niemalże detektywistyczne śledztwo, w którym pozornym celem jest odkrycie okoliczności śmierci malarza, a tym prawdziwym poznanie go z różnych perspektyw. W końcu Van Gogh kojarzony jest głównie jako niezrównoważony ekscentryk, który odciął sobie ucho. Kobiela i Welchman podchodzą do niego z ujmującą sympatią, choć zdecydowanie za dużo w tym filmie słów. Obraz połączony z piękną muzyką Clinta Mansella, nadwornego kompozytora Darrena Aronofsky’ego, w zupełności by wystarczyły.

Ocena: 3.5

 

Jestem Rosa

Gęsta opowieść o odkrywaniu własnej tożsamości. To co prawda jeden z najczęściej podejmowanych tematów w kinie arthouse’owym, ale brazylijska reżyserka Laís Bodanzky poradziła sobie z nim całkiem nieźle. Jej bohaterką jest trzydziestokilkuletnia Rosa, której życie być może nie jest idealne, ale wygląda na w miarę stabilne. Wszystko zmienia się w jednym momencie, kiedy matka w przypływie chwili dzieli się z nią pewną tajemnicą z przeszłości. Rosa traci grunt pod nogami, co staje się jednocześnie początkiem jej wewnętrznej przemiany. Nie tylko w kontekście najbliższych, ale rozumianej znacznie szerzej. Bo Jestem Rosa to także polemika ze stereotypowym podejściem do roli kobiety w patriarchalnym społeczeństwie. Najmocniejszym elementem filmu Bodanzky jest umiejętnie zbalansowana rola Marii Ribeiro. Solidne kino, bez fajerwerków.

Ocena: 3.5

 

Fantastyczna kobieta

Chilijczyk Sebastián Lelio nie jest w naszym kraju postacią anonimową. Czy to za sprawą Świętej rodziny czy przede wszystkim świetnej Glorii, z kapitalną rolą Pauliny Garcii. To niejako powtórzone zostaje i tym razem, tyle że Garcię zastępuje debiutantka Daniela Vega (przeczytajcie nasz wywiad z aktorką). Postać, w którą się wciela to osoba idąca pod prąd, nie dająca zamknąć się w żadnej szufladce. Co zresztą rezonuje na cały film. Odważny, chwilami nieco bezczelny, co najważniejsze nie pozostawiający widza obojętnym. A przy tym, co nie jest wcale takie oczywiste w przypadku kina zaangażowanego (a Fantastyczna kobieta taka jest), najzwyczajniej dobrze się go ogląda. Lelio poważniejsze tony umiejętnie przełamuje humorem, tworząc film o tym jak ważnym jest akceptowanie samego siebie, bez względu na wszelkie zawirowania wokoło.

Ocena: 4

 

Wszyscy moi mężczyźni

Fani komedii romantycznych mogą czuć się ostatnio nieco zaniedbywani: odkąd Julia Roberts zaczęła spędzać większość czasu z dziećmi, coraz mniej na ekranach filmów, do których można by bezkarnie zjeść ogromne pudełko lodów. Wszystko wskazywało na to, że Wszyscy moi mężczyźni wreszcie zaspokoją tę potrzebę. Nie do końca. Debiut reżyserski Hallie Meyers-Shyer (córki Nancy Meyers, której ten gatunek zawdzięcza chyba najwięcej) jest… taki sobie. Reese Witherspoon w roli czterdziestolatki, która po rozstaniu z mężem wraca do rodzinnego domu i zaczyna flirtować z trójką młodszych mężczyzn radzi sobie nieźle, ale nawet ona nie potrafi nadążyć za głupawą historią. Lody niby da się zjeść, ale i tak od razu nabiera się ochoty na coś z lat 90. Najlepiej z Hugh Grantem.

Ocena: 2

 

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu obserwuj nas na Facebooku.

 

Na co do kina...#13
1
Blade Runner 2049
Nasza ocena 4
2
Fantastyczna kobieta
Nasza ocena 4
3
Photon
Nasza ocena 4
4
Twój Vincent
Nasza ocena 3.5
5
Jestem Rosa
Nasza ocena 3.5
6
Wszyscy moi mężczyźni
Nasza ocena 2

Komentarze

Napisane przez:

armyy@o2.pl