Na co do kina…#36 Ależ debiut!

Kolejny filmowy weekend przynosi znacznie mniej premier niż w ostatnich tygodniach, co nie znaczy, że nie ma czego oglądać. Wręcz przeciwnie!

 

Wieża. Jasny dzień

Na ekrany trafił właśnie jeden z najciekawszych debiutów w polskim kinie od dobrych kilku lat. Zaczyna się jak rodzinny dramat, kończy niczym apokaliptyczny horror. I właśnie ta gatunkowa przewrotka, zaskoczenie, jakie w pewnym momencie dopada każdego bez wyjątku, sprawia że o Wieży. Jasnym dniu myśli się jeszcze długo po wyjściu z kina. Zresztą tych plusów jest tu znacznie więcej. Nam bardzo zaimponowała odwaga i bezkompromisowość młodej reżyserki, jaką jest Jagoda Szelc. Chociażby w doborze aktorów, bo udało jej się wyjść z kręgu doskonale znanych tych samych twarzy. Dzięki czemu przekonaliśmy się o niezaprzeczalnym talencie Anny Krotoskiej czy Małgorzaty Szczerbowskiej, o których wcześniej pewnie niewiele kto słyszał. Film Szelc to takie kino, w którym nie ma jednej poprawnej interpretacji. Każdy filtrując je przez swoje doświadczenia pomyśli sobie pewnie coś innego. I całe szczęście, bo filmów od linijki mamy już trochę dość.

Ocena: 4.5

 

Pacific Rim: Rebelia

Od premiery Pacific Rim: Rebelii wszyscy marudzą, że zabrakło magicznego dotyku Guillermo del Toro, którego tym razem zastąpił Steven S. DeKnight. Powiedzmy sobie jednak szczerze: oba filmy są jednakowo głupie. I, jak łatwo przewidzieć, na obu bawiliśmy się doskonale. Kontynuacja widowiska z 2013 roku, w którym monstra kaiju stawały do walki z gigantycznymi robotami, a Idris Elba odwoływał apokalipsę, miejscami faktycznie przypomina bardziej kolejną odsłonę Transformers. Ale co z tego, skoro finałowa nawalanka naprawdę robi wrażenie, a zastępujący Elbę John Boyega jest tak dobry, że nawet durne żarciki zaczynają wydawać się śmieszne. Bez względu na to, kto ją wyreżyseruje, chętnie zobaczymy kolejną część tej porąbanej serii. Tylko następnym razem poprosimy o więcej wkurzonych kaiju, a mniej Scotta Eastwooda.

Ocena: 3.5

 

Daddy Cool

Nie ma w tym żadnej tajemnicy, że nasz stosunek do francuskich komedii jest, delikatnie rzecz ujmując, chłodny. Byłby to pewnie ostatni, desperacki wybór na wieczór z kumplami czy wyczekiwaną randkę (pierwszym byłaby Martwica mózgu, w obu przypadkach!). Daddy Cool w reżyserii Maxime’a Govare zasadniczo tego obrazu nie zmieni. Ot lekka komedyjka, która powstała po to, żeby ktoś po ciężkim dniu pracy, mógł przez niespełna 100 minut przestać myśleć. Zasadniczo nic przeciwko takim filmom nie mamy, zwłaszcza jeżeli lecą w tle podczas prasowania. Tutaj widzimy trochę podobny schemat do Gliniarza w przedszkolu, czyli dorosły facet opiekuje się zgrają pełnych energii dzieciaków. Tyle tylko, że Maxime Govare nie jest Ivanem Reitmanem, a Vincent Elbaz – Arnoldem Schwarzeneggerem. Daddy Cool nie jest wcale taki cool, ale też nie ma żenady. Patrząc na francuskie komedie z ostatnich lat to już jest jakiś sukces.

Ocena: 2

 

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu obserwuj nas na Facebooku.

 

Na co do kina...#36
1
Wieża. Jasny dzień
Nasza ocena 4.5
2
Pacific Rim: Rebelia
Nasza ocena 3.5
3
Daddy Cool
Nasza ocena 2

Komentarze

Napisane przez:

armyy@o2.pl