Na co do kina…#31 Randka z Greyem czy piwo z Franco?

Nadszedł moment, na który wszyscy/prawie wszyscy/niektórzy/nikt (niepotrzebne skreślić) czekali. Do polskich kin zawitał Grey w kolejnej odsłonie. Kobiety piszczą, mężczyźni zazdroszczą, a my, no cóż, idziemy na piwo z naszym rodakiem Tommy’m Wiseau i jego kumplem Jamesem Franco.

 

The Disaster Artist 

Musimy się do czegoś przyznać – połowa zespołu Pół żartem, pół serio ma prawdziwą obsesję na punkcie The Room Tommy’ego Wiseau, powszechnie (i w pełni zasłużenie) uważanego za najgorszy film wszechczasów. Kiedy więc James Franco postanowił zekranizować autobiograficzną książkę grającego w nim Grega Sestero, który w The Disaster Artist opisał kulisy jego powstawania, z wdzięczności postanowiliśmy wybaczyć mu nawet wyjątkowo nieudolne prowadzenie Oskarów. Niestety, choć sam Franco w roli pochodzącego chyba z księżyca – lub, jak twierdzą niektórzy, Poznania – Wiseau jest tak dobry, że podczas projekcji siedzący tuż obok dziennikarz dwukrotnie pytał nas, co to za jeden, sam film okazuje się jednak zbyt konwencjonalny. Nie da się ukryć, że pomimo znanych twarzy i tak najlepsze są w nim sceny z kultowego pierwowzoru. I wszyscy razem: „You are tearing me apart, Lisa!”

Przeczytaj nasz wywiad z Gregiem Sestero, aktorem z filmu The Room.

Ocena: 3.5

 

Winchester: Dom duchów

Jeżeli chcecie przekonać się na własnej skórze, jak przedstawić ciekawy temat, w bardzo nieciekawy sposób, radą służą niemieccy filmowcy bracia Spierig. Testowali na Daybreakers – Świt, próbowali na Pile: Dziedzictwie, ale prawdziwe mistrzostwo w tej materii udało im się osiągnąć dopiero teraz. Na warsztat wzięli prawdziwą historię z początku XX wieku, kiedy wdowa po panu Winchesterze (tak, tym od broni), chcąc uchronić swą rodzinę przed demonami, zleciła budowę niecodziennej rezydencji. Motyw domu, w którym straszy znamy doskonale, ale nie o to tu idzie. Liczyliśmy na odrobinę kreatywności, a zamiast tego dostaliśmy gasnące świece, odbicia w lustrze i generalnie wszystko to, co zwiastuje gwałtowniejszą scenę w każdym mało ambitnym horrorze. No chyba że za element twórczy uznać tu szalejącą wrotkę czy pogrążoną w transie Helen Mirren, która w tym filmie ma zdecydowanie bad hair day. I to codziennie. W Winchesterze… ze świecą (nomen omen) szukać bohatera bez traumy. Niestety podobnie może być na sali kinowej.

Ocena: 1.5

 

Blask

Nie będziemy ukrywać, że w ostatnim filmie japońskiej reżyserki Naomi Kawase Kwiat wiśni i czerwona fasola zakochaliśmy się po uszy, a przygotowywane tam specjały śniły nam się jeszcze długo po nocach. Był to dla nas idealny przykład feel good movie, czyli produkcji po której wychodzi się z kina naprawdę w dobrym humorze. Tym razem (niestety) jest dużo poważniej, zarówno formalnie, jak i tematycznie. Bo nie dość, że Blask jest rodzajem filmu w filmie, to jeszcze reżyserka, opowiadając o uczuciu pomiędzy kobietą zajmującą się audiodeskrypcją i niewidomym fotografem, nie stroni od melodramatycznych tonów. Chwilami jest wzruszająco, częściej niestety nudnawo, w czym nie pomaga bardzo powolne tempo prowadzenia narracji. Co tu dużo mówić, zdecydowanie wolimy Naomi Kawase w wersji light.

Ocena: 3

 

Nowe oblicze Greya

Twórcom głupawej trylogii o Christianie Greyu i jego zabawkach tak naprawdę udało się jedno: Dakota Johnson. Tylko dzięki niej da się oglądać to kolejne cudo, bo choć pierwsza część nie była nawet w połowie tak zła jak utrzymywano, potem pisarka E.L. James postanowiła zatrudnić swojego męża jako scenarzystę. I nagle okazało się, że ze wzmianek o fistingu da się płynnie przejść w rozmowy o dzieciach. Choć nie, proszę zapomnieć o seksie, który zawsze był tu wyjątkowo grzeczny i ładnie oświetlony – ostatnia część jeszcze mocniej podkreśla, że Grey to tak naprawdę powrót do bezpiecznych fantazji o ślubie z bogatym księciem, który może i lubi czasem kogoś związać, ale nie takie rzeczy widzieliśmy w serialach HBO. Bohaterowie zlizują z siebie lody, robią inwentaryzację majątku Christiana (tak, ma też własny odrzutowiec), a potem ktoś próbuje kogoś porwać, bo twórcy nagle zorientowali się, że zapomnieli o fabule. Bardzo to nieporadne, a Dornan to chyba największa pomyłka obsadowa od czasu Johna Wayna w roli Dżyngis-chana. I tylko jedno trzeba tym filmom przyznać: i tak są lepsze od fatalnie napisanych książek. Poza tym ich sukces udowodnił, że historie skierowane do kobiet nie tylko są w stanie na siebie zarobić, ale mogą osiągać wyniki zarezerwowane zwykle dla Marvela. Proszę jacy jesteśmy wyrozumiali.

Ocena: 1

 

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu obserwuj nas na Facebooku.

 

Na co do kina...#31
1
The Disaster Artist
Nasza ocena 3.5
2
Blask
Nasza ocena 3
3
Winchester: Dom duchów
Nasza ocena 1.5
4
Nowe oblicze Greya
Nasza ocena 1

Komentarze

Napisane przez:

armyy@o2.pl