Zaczynają się wakacje, z czego doskonale zdają sobie sprawę polscy dystrybutorzy. Efektem aż dziewięć premier, jakie w piątek (23 czerwca) zagoszczą w naszych kinach, co nie zdarza się często. Wszystkich co prawda nie udało nam się zobaczyć, ale zdecydowaną większość. Niektóre jak najbardziej polecamy, inne jeszcze mocniej odradzamy, bo na pierwszą „jedynkę” nie trzeba było długo czekać. Zobaczcie sami!

 

Czerwony żółw

80-minutowa animacja, w której nie pada ani jedno słowo. Nie brzmi najlepiej? Nie dajcie się zwieść, bo Czerwony żółw to pewnie jeden z najlepszych filmów, jakie będziecie mieli okazję zobaczyć w tym roku. Ceniony holenderski animator Michael Dudok de Wit zrealizował go do spółki z legendarnym japońskim studiem Ghibli, będąc pierwszym reżyserem „z importu”, który dostąpił tego zaszczytu. Fabuła przywołać może echa dobrze znanej szkolnej lektury Robinsona Crusoe Daniela Defoe. Piękna plastyka oraz formalna precyzja łączą się w tej opowieści o cyklu natury z mądrym, filozoficznym przesłaniem. Jeżeli dorzucić do tego fakt, że Holender swój pełnometrażowy debiut zrealizował w wieku… 63 lat, wychodzi na to, że nie warto się spieszyć. I o tym także jest ten film. Przeczytaj nasz WYWIAD.

Ocena: 4.5

 

Gleason

Gdyby zorganizować w dowolnym polskim mieście uliczną sondę i zapytać, kim jest Steve Gleason, większość ankietowanych, nie wyłączając sportowych pasjonatów, wzruszyłaby pewnie ramionami. Co innego w Stanach Zjednoczonych, gdzie był jedną z gwiazd zawodowej ligi NFL. W wieku 34 lat w krótkim czasie usłyszał dwie wiadomości, które całkowicie zmieniły jego życie. Z jednej strony nieuleczalna, postępująca choroba, z drugiej zapowiedź, że niedługo zostanie ojcem. Wtedy rozpoczął nagrywanie wideopamiętnika, będącego zapisem postępującej choroby, ale i świadectwem życia dla przyszłego potomka. Surowy, poruszający dokument Claya Tweela to opowieść o sile ludzkiej woli, odpowiedzialności i świadomości własnych ograniczeń. Czy ma rację bytu w kinowej dystrybucji? Trudno powiedzieć. Pewne jest za to, że powinien zobaczyć go każdy, bo Gleason zawstydza wszystkich zawodowych coachów razem wziętych.

Ocena: 4

 

Jak dogryźć mafii

W oryginalnym tytule filmu Marka Cullena, czyli Once Upon a Time in Venice (dla uściślenia chodzi o dzielnicę Los Angeles, a nie popularne włoskie miasto), doszukać się można nawiązania do słynnych produkcji Sergio Leone. Kto wie, czy właśnie nie przewraca się on w grobie, bo bliżej temu do profanacji niż inspiracji. Jak dogryźć mafii, bo tak ostatecznie zostało to przetłumaczone na język polski, może służyć za modelowy przykład guilty pleasure. Co prawda śmiejemy się głównie z zażenowania, ale jednak się śmiejemy. Przeczytaj pełną recenzję TUTAJ.

Ocena: 2.5

 

Jonathan

Debiut – jak to łatwo powiedzieć. Wie coś o tym pracujący i mieszkający w Niemczech polski reżyser Piotr J. Lewandowski. Szkoda, że Jonathan wchodzi na nasze ekrany prawie półtora roku po światowej premierze (na Berlinale), ale jak mówi popularne przysłowie: „lepiej późno niż wcale”. Akurat w tym przypadku warto było czekać. O poszukiwaniu tożsamości oraz własnego miejsca na ziemi kino mówiło już niezliczoną ilość razy, ale w tym filmie jest coś świeżego i atrakcyjnego z punktu widzenia odbiorcy. Przypadek miesza się tu z premedytacją, a przeszłość z tym, co tu i teraz. Dojrzałe, przyjemne dla oka i poprowadzone pewną ręką kino. Z małymi słabostkami, ale to przecież prawo debiutanta. Panie Piotrze, czekamy na więcej!

Ocena: 3.5

 

Old Fashioned

W Stanach Zjednoczonych kino religijne nie oznacza od razu Matki Joanny od Aniołów i zakonnic leżących krzyżem na zimnej posadzce. Może nim być także chwaląca tradycyjne wartości opowiastka o miłości chłopaka z przeszłością (za którą stara się zadośćuczynić, pozostając w celibacie) oraz dziewczyny po przejściach, której dotarcie do Polski zajęło z niewiadomych przyczyn aż trzy lata. Drobny poślizg czasowy nie wyjaśnia jednak, dlaczego film Rika Swartzweldera (reżysera, scenarzysty i odtwórcy głównej roli, do złudzenia przypominającego Normana Batesa) wydaje się zrobiony w latach 90. Najwyraźniej prawdziwa wiara pozwala nawet cofać się w czasie.

Ocena: 1

 

Podarować życie

W swoim wielowątkowym, opartym na podstawie powieści Maylis de Kerangal dramacie reżyserka Katell Quillévére bawi się w Alejandro Gonzáleza Iñárritu. Ze skutkiem, trzeba przyznać, dość mizernym – historia nastoletniego Simona, którego śmierć w wypadku samochodowym może ocalić życie innej osobie, przypomina wyjątkowo sentymentalny odcinek Ostrego dyżuru. Choć Quillévére stara się wyeksponować każdą możliwą perspektywę, od lekarzy po pielęgniarki na nocnej zmianie i rodziców chłopca (Emmanuelle Seigner w najlepszej roli od lat), a po ekranie prześlizguje się crème de la crème francuskiego aktorstwa, w Podarować życie najważniejsze jest serce – i to dosłownie. Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o transplantacji, ale baliście się o to zapytać. Przeczytaj nasz WYWIAD.

Ocena: 2

 

Transformers: Ostatni rycerz: Czas apokalipsy

Co z tego, że mamy dopiero czerwiec – Transformers: Ostatni rycerz to najgłupszy film roku. Na taki poziom idiotyzmu nie wzniósł się nawet Guy Ritchie w Królu Arturze: Legendzie miecza, choć – uwaga – w obu filmach wątki arturiańskie odgrywają akurat wyjątkowo ważną rolę. To także film okropny, straszny, niezbyt dobry i bardzo zły. I tu pojawia się pewien problem natury etycznej, bo osoby takie jak ja, uwielbiające filmy okropne, straszne, niezbyt dobre i bardzo złe, popłaczą się na nim z radości. Przeczytaj pełną recenzję TUTAJ.

Ocena: 3

 

Na co do kina... #2
1
Czerwony żółw
Nasza ocena 4.5
2
Gleason
Nasza ocena 4
3
Jonathan
Nasza ocena 3.5
5
Jak dogryźć mafii
Nasza ocena 2
6
Podarować życie
Nasza ocena 2
7
Old Fashioned
Nasza ocena 1

Komentarze

Udostępnij wpis
Napisane przez:

armyy@o2.pl