Michel Hazanavicius żartuje z Godarda – rozmowa

Godard z przymrużeniem oka

Legenda kina i czołowy przedstawiciel francuskiej Nowej Fali Jean-Luc Godard doczekał się dość nietypowej „biografii”, którą zrealizować postanowił jego rodak Michel Hazanavicius. Zdobywca Oscara za inną oryginalną produkcję, jaką był fenomenalny „Artysta”, o Godardzie postanowił opowiedzieć w komediowym tonie. Za podstawę scenariusza posłużyła mu książka Anne Wiazemsky, która przez kilkanaście lat była nie tylko muzą, ale i żoną reżysera. O filmie, który na ostatnim festiwalu w Cannes walczył o Złotą Palmę, żartobliwie mówiono, że jego największym przeciwnikiem będzie pewnie sam Godard.  

Premiera twojego filmu poświęconego wielkiemu francuskiemu reżyserowi Jean-Lukowi Godardowi miała miejsce na festiwalu w Cannes. Słychać było wtedy zewsząd komentarze, że jesteś twórcą najzabawniejszego filmu, jaki został pokazany podczas całego festiwalu.

Zaręczam ci, że w przypadku Cannes nie było to zbyt trudne, zwłaszcza w ostatnim roku. Przyjęło się jednak, że te dobre filmy, o których mówi się najwięcej, poświęcone są poważnym zagadnieniom, powodują wiele refleksji, jest w nich mnóstwo cierpienia. Mam wrażenie, że komedia jako gatunek ma problem w kontekście publicznej recepcji i wysokich walorów artystycznych. Sam nie wiem do końca, dlaczego tak jest. Z jakiegoś powodu mój film wybrany został do canneńskiego konkursu i bardzo się z tego cieszę. Tak było też w przypadku „Artysty”, który podobnie jak „Ja, Godard” jest raczej dość pogodnym filmem. Pamiętam, że ilekroć pojawialiśmy się na jakimś festiwalu, ludzie podchodzili, dziękowali nam i przekonywali, że w końcu doczekali się filmu, który przynosi odrobinę światła, a za naszą sprawą mogli dobrze się bawić. Na ich twarzach rysowała się autentyczna wdzięczność. W tamtym momencie chyba polubiłem bycie tym człowiekiem, który przynosi odrobinę rozrywki i światła.

Wspomniałeś, że lubisz swoimi filmami  przynosić ludziom odrobinę radości. Kto wie, czy jedyną osobą, która mogłaby nie podzielać tego entuzjazmu w kontekście nowej produkcji, nie byłby sam Jean-Luc Godard.

Nie wykluczam tego, choć sam do końca nie jestem pewien, co by o tym filmie powiedział. Myślę, że z „Ja, Godard” niezadowoleni mogą być przede wszystkim ludzie, którzy bezrefleksyjnie wielbią francuskiego reżysera i traktują go trochę na zasadzie muzealnego eksponatu. Czyli najlepiej w ogóle go nie dotykać. W moim filmie jest sporo czułości w stosunku do Godarda, ale też pogrywania z jego wizerunkiem, podszczypywania i krytyki. Jest on jednak na tyle nieprzewidywalną osobą, że nie wykluczam, iż taki jego portret paradoksalnie mógłby mu się spodobać.

Czy owa nieprzewidywalność sprawiła, że wiele cię zaskoczyło, kiedy przygotowywałeś się do filmu i poznawałeś Godarda na nowo?

Zdecydowanie. Wiele rzeczy, do których dotarłem, było dla mnie sporym odkryciem. Wcześniej miałem dość klasyczne podejście do Godarda. Bardzo lubiłem jego filmy z lat 60. Były dla mnie zabawne, ironiczne, odkrywcze, a zarazem uwodzicielskie. Przekonałem się też, że to, co było później, mam na myśli przede wszystkim lata 70., okazało się naprawdę trudne do oglądania. Z mojego punktu widzenia błędem jest postrzeganie każdego kolejnego jego filmu jako osobnego dzieła i ocenianie go z tej perspektywy. Warto spojrzeć bardziej komplementarnie i prześledzić całą ścieżkę, którą podążał. Te filmy są jak kamienie, które porzucał po drodze i towarzyszyły wyznaczanym przez niego zadaniom. Niezależnie od tego, że niełatwo się je ogląda, Godard był wyjątkowo zabawnym i ironicznym człowiekiem.

W „Ja, Godard” balansujesz pomiędzy bardzo różnymi elementami. Od filmowych gatunków przez sposób postrzegania reżysera po okiełznanie jego twórczych, i nie tylko, „zainteresowań”. 

Balans to słowo klucz dla tego filmu, a jednocześnie jego największe wyzwanie. Począwszy od zestawienia elementów komicznych i tragicznych, umiejętność odpowiedniego zdystansowania się a bliskości i szacunku dla bohaterów, o których się opowiada, po odpowiednią mieszankę polityki, artyzmu i sentymentu. „Ja Godard” to film zawieszony pomiędzy oddaniem hołdu jednemu z największych reżyserów w historii kina a podszytą ironią krytyką. Wreszcie, z jednej strony to może nie do końca klasyczne, ale jednak love story, z drugiej – komedia. Starałem się być jak gąbka, chłonąłem na jego temat wszystko, co w różny sposób do mnie trafiało. To było narzędziem, by na tej podstawie móc napisać scenariusz. Korzystałem z nabytej wiedzy, pewne rzeczy trochę modyfikowałem, tak żeby zrobić z tego swój własny, autorski film.

W rolę Godarda wciela się francuski aktor Louis Garrel. Wydaje się, że ta decyzja była oczywista, bo nawet fizycznie przypomina on młodego Godarda.

Była to dla mnie dość oczywista decyzja, w zasadzie od samego początku, kiedy zdecydowałem się zająć tą historią. Ale, jak się okazuje, nie dla wszystkich. Wspomniałem wtedy kilku moim przyjaciołom, że pracuję nad historią o Godardzie. Nie wiedzieć czemu, ale pierwszą reakcją za każdym razem było poklepywanie po plecach i stwierdzenie, że szczerze im mnie żal (śmiech). Tuż po tym wypytywali, kto zagra Godarda. Kiedy napomknąłem o moim planie, nie byli chyba do końca przekonani, bo pytali, czy jestem pewien swojej decyzji. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego myślałem o Garrelu, ale miałem przeczucie, że świetnie odnajdzie się w tej roli. Patrząc na efekt końcowy, wydaje mi się, że miałem rację. Myślę, że jest w nim coś bardzo głębokiego, co sprawia, że udaje mu się być wiarygodnym w kreowaniu tego typu bohaterów. Ma w sobie coś z dandysa zainteresowanego sztuką, polityką i doskonale rozumie to, o czym mówi. Wydaje mi się, że nie wszyscy aktorzy poradziliby sobie z tą rolą, chociażby ze względu na słownictwo, jakim posługiwał się Godard. Poza tym, co w przypadku Garrela stosunkowo rzadko jest eksponowane, bo niewiele gra takich ról, ma w sobie naprawdę duży potencjał komiczny.

Jest w filmie scena, kiedy Godard w bardzo niepochlebnych słowach wypowiada się o Żydach. To dość kontrowersyjny wątek związany z jego biografią. Dlaczego zdecydowałeś się, żeby umieścić go w tym, w gruncie rzeczy pogodnym, filmie?

Uważam, że to było konieczne. Nie da się ukryć, że Godard miał duży problem z Żydami. Powiedziałbym nawet, że miał na ich punkcie obsesję. Sam jestem Żydem i mogę powiedzieć, że z tej perspektywy trudno było zrobić film o Godardzie, oddając hołd jego dokonaniom, mówiąc o wielu faktach z jego biografii i omijając właśnie ten temat. Wiedziałem, że nie mogę tak uczynić. Oczywiście, to dość delikatna kwestia, ale chciałem do niej podejść na swój sposób. Na zasadzie żartu, obśmiania go, pokazania, że w tej kwestii wygadywał głupoty. Mogłem podejść do tego zupełnie na serio i potraktować go znacznie ostrzej. Zdecydowałem jednak postawić go w takiej niedorzecznej sytuacji i pokazać, że ta jego obsesja to przede wszystkim jego problem, a nie mój. Nie chcę rozsądzać, czy był antysemitą, dlatego właśnie używam słowa „obsesja”. Koncentrowanie się na tym temacie i mówienie aż tyle o Żydach co Godard nie jest chyba normalne. Zwłaszcza kiedy sam nim nie jesteś (śmiech).

Obok kontrowersji, polityki, sztuki „Ja Godard” to także opowieść o miłości.         

Właśnie to zainteresowało mnie na samym początku w książce Anne Wiazemsky. Uczucie między nią a Godardem było też świetną alegorią całego tego okresu dla niego. To nie jest opowieść o miłości w klasycznym tego słowa rozumieniu. Dla mnie w dużej mierze jest to historia mężczyzny, który pod wpływem określonych okoliczności bardzo mocno próbuje się zmienić. Żeby mu się to udało, musi zniszczyć Jean-Luca Godarda takiego,  jakim był wcześniej. On już po prostu nie chce funkcjonować w taki sposób, w jaki był przez wszystkich postrzegany. Paradoksalnie, niszczy w sobie tym samym mężczyznę, w którym Anne się zakochała. To dość skomplikowane, ale taki właśnie był Godard. Ta przemiana jest zarazem smutna i piękna.

Stąd próba samobójcza?

Godard ocierał się o śmierć wiele razy. Opisana w książce Wiazemsky sytuacja była kolejnym krokiem w próbie autodestrukcji, którą sam rozpoczął. Tych prób, jak podają źródła, było jednak znacznie więcej. Ironią losu jest to, że zawsze u podstawy stały jakieś sentymentalne powody.

 

Cały wywiad przeczytać można w lutowym numerze „Kina”.

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu obserwuj nas na Facebooku.

 

Michel Hazanavicius

Francuski reżyser i scenarzysta. Kolekcjoner filmowych nagród, przede wszystkim za ‚Artystę’, który przyniósł mu chociażby Oscara. Prywatnie jeszcze większy szczęściarz, bowiem jest mężem Berenice Bejo.

 

Komentarze

Napisane przez:

kuba.armata@gmail.com

Dziennikarz filmowy. Pisze m.in. dla "Dziennika Gazety Prawnej", "Kina", "Magazynu Filmowego" czy Wirtualnej Polski. Autor ponad dwustu rozmów z ludźmi kina m.in. z Davidem Lynchem, Darrenem Aronofskym, Alanem Parkerem czy Xavierem Dolanem. Programer festiwali Netia Off Camera i Forum Kina Europejskiego Cinergia. Członek Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych Fipresci.