Michael Dudok de Wit: Pochwała prostoty

W Czerwonym żółwiu nie opierałem się na jakimś dobrze znanym wszechświecie – nie robiliśmy kolejnego Asterixa. Musiałem więc przekonać się, jak wygląda życie w takim miejscu. W tym zawodzie nie wystarczy przeglądnąć kilku zdjęć, bo w animacji nie chodzi tylko o to, co widzisz. Chodzi o to, co czujesz – przekonuje Michael Dudok de Wit.

 

Czerwony żółw, choć zdobył już nagrodę na festiwalu w Cannes oraz nominację do Oscara, przejdzie do historii kina z innego powodu: holenderski mistrz animacji Michael Dudok de Wit jest pierwszym zagranicznym reżyserem współpracującym z legendarnym japońskim Studiem Ghibli. Historii rozbitka, któremu na drodze do wolności stoi tajemnicza morska istota, poświęcił prawie dziesięć lat życia. „Będąc studentem chciałem zapisać się na kurs animacji. Jeden z nich odbywał się w Łodzi” – wspominał Dudok de Wit po premierze filmu. „Napisałem do nich z prośbą o przyjęcie, ale nikt nigdy mi nie odpisał. W przeciwnym razie pewnie studiowałbym w Polsce.”

 

Większość historii, których akcja rozgrywa się na bezludnej wyspie skupia się na walce o przeżycie. W przypadku twojego filmu jest jednak inaczej.

 Od początku było dla mnie jasne, że nie opowiadam o Robinsonie Crusoe. Jako dziecko uwielbiałem takie historie, ale w ciągu ostatnich dziesięciu lat wiele programów typu reality show zaczęło do nich nawiązywać i nagle zrobiło się tego wszystkiego za dużo. Z dzisiejszej perspektywy Robinson Crusoe zestarzał się może pod względem społeczno-politycznym, ale wciąż z dużą przyjemnością wracam do tych wątków – bez względu na to, czy mowa o powieści Daniela Defoe, czy filmie z Tomem Hanksem. Ale mnie chodziło o coś zupełnie innego. Chciałem, by mój bohater spotkał na swojej drodze kobietę, by doświadczył miłości. Więc można powiedzieć, że chodziło mi nie tyle o przetrwanie, ile właśnie o życie.

 

Dlaczego postanowiłeś zupełnie zrezygnować z dialogów? To dość ryzykowna decyzja.

Sam nie jestem zbyt rozmowny (śmiech). Wolę przyglądać się czyimś gestom, językowi ciała. Szybko okazało się, że słowa nie są tu konieczne. Wytrącały z ciszy, która wcześniej wydawała się czymś naturalnym – gdy bohaterowie nagle zaczynali rozmawiać, aż zgrzytałem zębami. Na szczęście Studio Ghibli postanowiło mi zaufać. Także dlatego, że Czerwony żółw powstawał z myślą o dorosłych, a nie dzieciach. Bardzo to doceniam, bo nasz film stanowił dla nich eksperyment.

 

Zaskoczyło cię, że zaproponowali ci współpracę? Dzięki filmom Hayao Miyazakiego czy Isao Takahaty Studio Ghibli wywołało prawdziwą rewolucję w animacji.

Przez długi czas nie mogłem w to uwierzyć. Te filmy stanowią dla mnie niedościgły wzór, ale nie chciałem naśladować ich stylu. Od początku było dla nas jasne, że nie robimy japońskiego filmu – nad Czerwonym żółwiem nie pracował ani jeden japoński artysta. Miał to być europejski film, zrobiony przez Europejczyków. Każdemu czasem potrzebna jest jakaś odskocznia i ja byłem dla nich właśnie taką odskocznią. Nasza współpraca opierała się tak naprawdę na długich rozmowach, bo miałem wiele pytań – w końcu to mój pierwszy film pełnometrażowy. Ale nigdy nie usłyszałem, że „ma wyglądać jak film Ghibli.”

 

Podobno przez jakiś czas sam mieszkałeś na wyspie?

W Czerwonym żółwiu nie opierałem się na jakimś dobrze znanym wszechświecie – nie robiliśmy kolejnego Asterixa. Musiałem więc przekonać się, jak wygląda życie w takim miejscu. W tym zawodzie nie wystarczy przeglądnąć kilku zdjęć, bo w animacji nie chodzi tylko o to, co widzisz. Chodzi o to, co czujesz. Zamieszkałem na małej wysepce na Seszelach; uczyłem się jej rytmu, pływałem z żółwiami. To ciekawe, bo kiedy znajdujesz się obok niego w wodzie, żółw zawsze będzie ci się uważnie przyglądał – to spokojne, ale wyjątkowo czujne zwierzę. Przeniosłem to potem do filmu.

 

Od początku wiedziałeś, że chcesz o nich opowiedzieć?

Była to chyba kwestia intuicji, bo bardzo lubię żółwie. Są tajemnicze: wiodą samotnicze życie i nigdy nie wiemy, dokąd się udają. Poza tym mają w sobie coś z człowieka – obserwując je można odnieść wrażenie, że są nieśmiertelne. Właśnie tego potrzebowała ta historia, bo chciałem opowiedzieć o cyklach życia, przemijaniu. Dziecko przychodzi na świat, dorasta, wreszcie znika – i tak w nieskończoność. Bardzo mnie to porusza. Nie chciałem odwracać od tego uwagi widza i może właśnie dlatego Czerwony żółw to film, który nie ma przerośniętego ego. Z niczym nie można tu było przesadzić: ostatecznie wystarczyła nam odrobina koloru i muzyka Laurenta Pereza Del Mar. Kiedy po zakończeniu pracy próbowałem wypytać członków ekipy, czy dobrze im się nad nim pracowało, usłyszałem: „Nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia z czymś tak delikatnym”.

 

W animacji rzadko chodzi teraz o prostotę. Wystarczy jedno spojrzenie na najpopularniejsze filmy ostatnich lat, stanowiące przegląd najnowszych zdobyczy techniki. Nie bałeś się, że dla współczesnego widza mniej wcale nie oznacza więcej?

 Dlatego zawsze powtarzam, że gdyby stał za nim Disney, Czerwony żółw wyglądałby zupełnie inaczej (śmiech). Bardzo cenię Disneya – w końcu pracowałem nad Piękną i bestią i Fantazją 2000. Ale to filmy, które mają się spodobać każdemu, więc nie chodzi w nich o ryzyko. Każdy, nawet najdrobniejszy element podlega wielogodzinnej dyskusji. Miyazaki i Takahata nigdy nie dbali o opinię innych. Dokonywali dziwnych wyborów, nie zawsze kierując się tym, co najlepsze dla widza. Dzięki temu ich filmy były jednak zupełnie wyjątkowe – wystarczy wspomnieć Spirited Away: W krainie bogów. Starałem się o tym pamiętać i kiedy ktoś określa teraz mój film mianem „prostego”, uważam to za komplement.

 

Najlepsze piosenki i obrazy też okazują się w końcu zaskakująco proste.

 Ludzie często mylą prostotę z nudą. A przecież to dwie zupełnie różne rzeczy! Wystarczy spojrzeć na to, jak wygląda w moim filmie las. Mogłem zapełnić go egzotycznymi roślinami o różnych kolorach i kształtach, ale wybrałem bambus, głównie ze względu na jego proste linie. Mimo to obraz wcale nie jest płaski. Wręcz przeciwnie – jest pełen życia.

Pracując nad tym filmem myślałem o sztuce japońskiej z XVIII wieku, tworzonej przez buddyjskich mnichów. Na pierwszy rzut oka wydaje się zwodniczo prosta, wręcz naiwna, ale po jakimś czasie przekonujesz się, że ma w sobie niezwykłą dojrzałość. Jeśli rzeczywiście wiesz, co chcesz przekazać, nie potrzeba ci zbyt wiele. Warto sobie to czasem przypomnieć.

Michael Dudok de Wit

Ceniony holenderski animator. Studiował w Geneva School of Fine Arts i West Surrey College of Art & Design. Zaczynał od krótkometrażowych animacji. Jedna z nich, “Ojciec i córka” przyniosła mu Oscara i BAFTĘ. “Czerwony żółw” to jego pełnometrażowy debiut. Jest pierwszym zagranicznym reżyserem współpracującym z legendarnym japońskim Studiem Ghibli.

 

Komentarze

Udostępnij wpis
Napisane przez:

armyy@o2.pl