Martin McDonagh opowiada nam o ‚Trzech billboardach…’

Dialog to przede wszystkim zabawa – rozmawiamy z Martinem McDonaghiem

 

Film nie jest jakąś krytyką Ameryki A.D. 2017. Sam mieszkam w Londynie, gdzie aktualnie doświadczam Brexitu, który wywołany został przez jakąś grupę idiotów bez wyobraźni. Pocieszające dla Amerykanów jest to, że mogą przetrzymać jakoś te cztery lata i po tym czasie próbować coś zmienić. My mamy nieco gorzej – mówi Martin McDonagh.

Martin McDonagh to ceniony irlandzki dramatopisarz. Filmowy świat po raz pierwszy usłyszał o nim w 2006 roku, kiedy za debiutancką krótkometrażówkę Sześciostrzałowiec, zrealizowaną według własnego scenariusza, dostał Oscara. Mało kto pochwalić się może takim początkiem, zwłaszcza że McDonagh wyważył nimi drzwi do pełnoprawnego debiutu. Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj przyniósł mu tym razem oscarową nominację za scenariusz, ale i krzywe spojrzenia płynące z Brugii (tam rozgrywa się akcja filmu), gdzie po dziś dzień nie jest ponoć mile widzianym gościem. Najnowszy film Irlandczyka, zrealizowane w Stanach Zjednoczonych Trzy billboardy za Ebbing, Missouri okazały się jedną z rewelacji ostatniego festiwalu w Wenecji, gdzie McDonagha okrzyknięto prawdziwym mistrzem dialogów. Wiele mówi się o tym, że film może okazać się czarnym koniem tegorocznych Oscarów.

Twój film łączy w sobie wiele emocji. Dramat głównej bohaterki przeplata się z czarnym poczuciem humoru. To taka mieszanka, która wymaga dużej wprawy i wyczucia. Łatwo mogło się nie powieść, a jednak wszystkie elementy idealnie tu do siebie pasują. W taki właśnie sposób postrzegasz rzeczywistość? 

Zgadza się, to pokazuje, gdzie zawsze było moje miejsce i jak postrzegam świat. Na co dzień z każdej strony widzi się wiele tragedii, smutku, ale mimo to staramy się znaleźć w tym wszystkim odrobinę optymizmu i humoru. Tutaj, nie ukrywajmy, część niefortunnych zdarzeń wynika także z niezbyt mądrych zachowań niektórych bohaterów. W taki sposób lubię opowiadać historie. W łączeniu ze sobą tych różnych stanów, emocji bardzo ważną rolę odgrywa montaż. Tam decyduje się, jaki ostatecznie będzie ton i wydźwięk filmu, których pierwiastków będzie więcej, a których mniej. Mogę powiedzieć, że w finalnej wersji dodaliśmy kilka żartów, sprawiliśmy, że będzie zabawniej niż w kilku poprzednich. Odciążyło to nieco rodzicielski dramat, jaki przeżywa główna bohaterka, w którą wciela się Frances McDormand. Myślę, że to była dobra decyzja, poczułem, że wtedy wszystko zagrało. Inaczej byłaby to kolejna ciężka i posępna opowieść. Tym sposobem jest tu trochę nadziei, która w integralny sposób wiąże się z humorem. Wiele osób pyta mnie, czy to właśnie irlandzkie poczucie humoru, bo stamtąd pochodzę. Sam nie wiem, czy ma to coś wspólnego z narodowością, ale na pewno jest to, jak zauważyłeś, bardzo czarny humor.

Jeszcze przed naszym wywiadem wspomniałeś mi, że uważasz się za dość leniwą osobę. Kiedy jednak popatrzeć na twoje realizacje filmowe i teatralne, trudno w te słowa uwierzyć.

Możesz mieć takie wrażenie, ale wynika to przede wszystkim z tego, że jestem naprawdę szybki. W rzeczywistości potrafię coś napisać w dwa tygodnie i przez resztę roku nic nie robić (śmiech). Mogę sprawiać wrażenie zapracowanego, lecz zapewniam cię, że umiem to wyważyć. Trzy billboardy… skończyłem w styczniu i aż do festiwalu w Wenecji, który jest we wrześniu, poza jakimiś działaniami marketingowymi, niewiele robiłem. Miałem zatem tak naprawdę zajęte ledwie kilka tygodni, a pozostały czas spędziłem głównie na oglądaniu meczów i podróżowaniu.

Wspomniałeś o tempie, w jakim piszesz scenariusz. Mnie w pierwszej kolejności interesują dialogi, bo od dawna nie słyszałem tak świetnie rozpisanych kwestii pomiędzy bohaterami. Skąd czerpiesz inspiracje w tej materii?

To zawsze przychodzi do mnie w bardzo naturalny i spontaniczny sposób. Niczego specjalnie nie planuję ani nie zakładam. Dialog dla mnie spełnia dość specyficzną funkcję. Wcale nie służy temu, żeby zdradzać wiele z dalszej fabuły filmu czy dawać całe mnóstwo informacji. Dla mnie dialog to przede wszystkim zabawa, słowna potyczka, z której każdy próbuje wyjść zwycięsko. Widać to dobrze chociażby w scenie przesłuchania Mildred, kiedy rozmawia z szeryfem. To takie ciągłe odbijanie piłeczki, przypomina to trochę mecz tenisowy. Uwielbiam pisać takie rzeczy, gdzie raz jedna strona, a raz druga jest na górze i do końca nie wiadomo, kto finalnie zatriumfuje. W tym przypadku pamiętam zabawną sytuację, kiedy podszedł do mnie na stronie wcielający się w rolę szeryfa Woody Harrelson i wycedził przez zęby: „Czy choć raz, do cholery, nie może być tak, że ja wygrywam taką słowną potyczkę?” (śmiech). Pisanie dialogów to zdecydowanie moja ulubiona część budowania scenariusza. Jest to dla mnie zawsze największa frajda. Lubię słuchać, jak różne głosy rozmawiają w mojej głowie. Bo jeżeli bohater jest dobrze skonstruowany, to trzeba pozwolić, żeby ten głos w głowie po prostu mówił. Ot, cała tajemnica.

Pisałeś te role pod konkretnych aktorów?

Rola Mildred od samego początku pisana była z myślą o Frances. To świetna aktorka, w której jest siła, szczerość i pewna wrażliwość charakterystyczna dla klasy pracującej. Przejawiająca się tym, że nie traktuje ludzi w sposób protekcjonalny. Na tym mi w kontekście tej postaci bardzo zależało. Frances ma takie zaplecze, ja podobnie, więc dogadaliśmy się w mig. Cenię w niej też bardzo to, że jej gra aktorska czy sposób przekazywania emocji w naturalny i integralny sposób związane są z poczuciem humoru. To idealnie pasowało do roli Mildred. Bardzo szybko pomyślałem też o Samie Rockwellu. On świetnie się nadaje do tego, by zagrać złoczyńcę, bohatera, albo jednego i drugiego w tym samym czasie. Tak właśnie go postrzegałem w tej roli.

Oczy wielu ludzi na całym świecie zwrócone są od jakiegoś czasu na Amerykę. Wszyscy się zastanawiają, jak można było zafundować sobie takiego prezydenta, jakim jest Donald Trump. W swoim filmie pokazujesz amerykańską mieścinę i bardzo konserwatywne społeczeństwo, którego zachowanie nierzadko ociera się o rasizm. Nagle przestajemy się dziwić.

Wspomniałem na początku o głupocie. To dość ważna kategoria w moim filmie. Choć nie chciałem się na tym skupiać w kontekście politycznym, a podejść do tego raczej na zasadzie uzmysłowienia pewnych mechanizmów. Amerykanie dwukrotnie wybierali Baracka Obamę na prezydenta i część z tych ludzi głosowało pewnie potem na Trumpa. Na pewno moi bohaterowie (śmiech). Film jednak nie jest jakąś krytyką Ameryki A.D. 2017. Sam mieszkam w Londynie, gdzie aktualnie doświadczam Brexitu, który wywołany został przez jakąś grupę idiotów bez wyobraźni. Pocieszające dla Amerykanów jest to, że mogą przetrzymać jakoś te cztery lata i po tym czasie próbować coś zmienić. My mamy nieco gorzej. Wydaje mi się jednak, że paradoksalnie wcale nie chodzi tu o głupotę zwykłych ludzi. Podróżowałem długo po Ameryce, ale i kilku europejskich krajach. Spotykałem tam naprawdę wielu bardzo porządnych ludzi. Oni często postawieni są w niezwykle trudnej sytuacji. Muszą wybierać mniejsze zło, pomiędzy jednym idiotą a drugim.

Jak wyglądała twoja podróż po Ameryce? Wiele z niej zaczerpnąłeś później do filmu?

Wraz z moją ówczesną dziewczyną zwiedziliśmy wtedy wiele miejsc. To było na kilka lat przed tym, zanim powstały Trzy billboardy…. Szukaliśmy ciekawych lokacji, ale bardziej dla siebie niż pod kontem konkretnego projektu. Pamiętam, że uwielbiałem zatrzymywać się w przeróżnych miejscach, czy to pubach, czy to supermarketach, i podsłuchiwać rozmowy ludzi. Lubię Amerykę i uwielbiam amerykańskie kino – Terrence’a Malicka, Martina Scorsese czy Sama Peckinpaha. Pamiętam, że jechaliśmy przez Missisipi, Alabamę, Nowy Meksyk, podziwialiśmy piękno tych miejsc, ale byliśmy też świadkami ich porażającego ubóstwa. Natychmiast rzucało się to w oczy i budziło pytania, jak bardzo te społeczności zostały w tyle. Widzieliśmy też duże różnice pomiędzy białymi i czarnymi miastami. Mam też w głowie obraz niemalże pustego supermarketu. Wszystko to pomogło nam być szczerym w wyklarowaniu obrazu mikrospołeczności w filmie. Kręciliśmy w małym miasteczku w Karolinie Północnej. Ten film to jednak nie jest dydaktyczna opowieść o Ameryce, a przede wszystkim krucjata zrozpaczonej matki.

Kiedy wpadłeś na pomysł tytułowych billboardów, które uchodzą przecież za jeden z amerykańskich symboli?

Bardzo szybko, w zasadzie była to jedna z pierwszy idei. Pamiętam, że coś podobnego zobaczyłem jakieś dwadzieścia lat temu i mocno wryło mi się w pamięć. Natychmiast uruchomiło to wtedy spiralę pytań i domysłów. Kto w ogóle mógł coś takiego przygotować? W scenariuszu zdecydowałem, że tą osobą będzie kobieta, matka. Ale co ją zmotywowało do tak desperackiego kroku, jaki ból musiała w sobie nosić? I przede wszystkim jaki będzie jej kolejny krok? Kiedy się jedzie przez amerykańskie bezdroża, to jest w tych billboardach coś niesamowicie filmowego, przyciągającego uwagę. Zależało mi na tym, żeby to było zrobione w klasyczny, amerykański sposób, a nie z perspektywy Europejczyka, osoby z zewnątrz.

Moim zdaniem się to udało. „Trzy billboardy…” ogląda się jak rasowe amerykańskie kino. 

Dobra robota, to jest właściwa odpowiedź (śmiech). Pytałem wielu znajomych, czy jest to dla nich amerykański film, czy jednak spojrzenie na Stany z punktu widzenia kogoś z zewnątrz. Ono oczywiście też jest ciekawe, czego doskonałym przykładem chociażby Paryż, Teksas Wima Wendersa. W ogóle mówi się, że najlepsze filmy opisujące Amerykę zostały nakręcone przez Europejczyków. Mnie jednak chodziło o coś innego.

Sprawiasz wrażenie optymisty, a jednak w twoich filmach ze świecą szukać szczęśliwych ludzi. Z czego to wynika?

Chyba faktycznie coś w tym jest. Wydaje mi się, że to generuje mniej dramaturgii, takie postaci są bardziej jednowymiarowe, a przez to mniej ciekawe. Skoro tak mówisz, to może powinienem się zabrać za komedię romantyczną. Byłaby pewnie trochę inna, najlepiej taka, gdzie nikomu nie uda się przeżyć (śmiech).

Cały wywiad przeczytać można w lutowym numerze „Kina”.

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu obserwuj nas na Facebooku.

 

Martin McDonagh

Ceniony irlandzki dramatopisarz, scenarzysta i reżyser. Za swoją pierwszą krótkometrażówkę dostał nominację do Oscara. Po filmie ‚Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj’ miał na pieńku z burmistrzem Brugii. Od filmów woli oglądać mecze piłkarskie.

 

 

Komentarze

Napisane przez:

kuba.armata@gmail.com

Dziennikarz filmowy. Pisze m.in. dla "Dziennika Gazety Prawnej", "Kina", "Magazynu Filmowego" czy Wirtualnej Polski. Autor ponad dwustu rozmów z ludźmi kina m.in. z Davidem Lynchem, Darrenem Aronofskym, Alanem Parkerem czy Xavierem Dolanem. Programer festiwali Netia Off Camera i Forum Kina Europejskiego Cinergia. Członek Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych Fipresci.