Marcello Fonte: Aktor jest jak kelner

W 1983 roku, zamieszkały w Rzymie Pietro De Negri dopuścił się zbrodni, którą włoskie media określiły mianem jednej z najbrutalniejszych w historii kraju. Teraz jego historia posłużyła za punkt wyjścia reżyserowi Matteo Garrone, znanemu już dzięki adaptacji Gomorry Roberto Saviano i mrocznym Balsamiście – także opartym na faktach. „Przez te wszystkie lata, moja historia uległa wielu zmianom. Nie przypomina już w niczym tej, o której wcześniej czytałem w gazetach” – tłumaczył reżyser w Cannes, gdzie odbyła się premiera filmu, jednocześnie chwaląc odtwórcę głównej roli. „Dzięki Marcello Fonte stała się o wiele bardziej ludzka. I nagle okazało się, że opowiadamy o czymś, co tak naprawdę mogło spotkać każdego.” 

Nie znający ani słowa po angielsku, drobny Fonte okazał się odkryciem festiwalu. Mając na swoim koncie zaledwie kilka filmów, wyjechał z Francji odbierając wcześniej nagrodę dla najlepszego aktora za rolę nieśmiałego Marcello dręczonego przez agresywnego osiłka Simone (Edoardo Pesce). „Kiedy byłem mały, siedziałem w domu i słyszałem krople deszczu padające na metalowy dach, wyobrażałem sobie wtedy, że słyszę oklaski. Teraz też je słyszę, ale są prawdziwe” – mówił stojąc na scenie u boku samego Roberto Benigniego. „Czuję się tu jak w domu, bo moja rodzina to kino.”

Słyszałam, że Matteo Garrone odnalazł cię właściwie przypadkiem.

Przypadkiem… W sumie tak. Pracuję jako opiekun w centrum społecznym, gdzie ludzie często prowadzą próby do różnych spektakli. Przychodziła tam grupa byłych więźniów, którzy interesowali się aktorstwem. Ćwiczyli różne scenki i czasem się im przyglądałem. Pewnego dnia jeden z chłopaków źle się poczuł, poszedł do łazienki i zmarł. Dobrze wiedziałem, nad czym pracują, zdążyli mnie już poznać. Więc zasugerowano, żebym zajął jego miejsce. Kilka dni później Matteo zaprosił naszą grupę na casting. Więc tak, nasze spotkanie było przypadkowe. Ale praca, którą potem wykonaliśmy już nie.

Znałeś tragiczną historię, do której postanowił nawiązać?

Tak, ale nie powiedziałbym, że chciał nawiązać do tamtych wydarzeń. Na początku sam myślałem, że będziemy opowiadać o tym, co zrobił Pietro De Negri. Szybko zrozumiałem, że Matteo nie ma jednak takiego zamiaru. Nie interesowało go opowiadanie tamtej historii – sam chciał ją odnaleźć. Chciał, żebyśmy ją razem przeżyli. I to dosłownie! Raz kąpaliśmy się w morzu, padał deszcz i on też do niego wskoczył. Nie stał gdzieś z boku z tymi trzydziestoma kilogramami kamery na plecach.

Matteo powiedział mi, że dla niego Marcello to zwykły ojciec, który broni własnej godności. Takiej zwykłej, ludzkiej. I tego, co ma, a ma bardzo niewiele. Prosty zawód, którego się wyuczył, kilku znajomych, którzy szybko się od niego odwracają. Oraz ukochaną córkę, dla której walczy dalej, choć wszyscy wciąż go upokarzają. On ciągle czuje się gdzieś pomiędzy. Nawet jeśli gdzieś przynależy, to najwyżej na chwilę. A w tym miejscu każdy dobrze wie, gdzie jego miejsce: albo po jednej, albo po drugiej stronie. W „Dogmanie” opowiadamy o miłości, a każdy, kto słyszał o tamtej zbrodni z lat 80. spodziewa się pewnie krwawego horroru. Jeśli tego oczekuje, lepiej niech nie idzie do kina, bo tylko się rozczaruje. To nie nasz film.

Marcello pozwala sobą pomiatać, nie jest w stanie postawić się tym, którzy go wykorzystują. Ale potrafi zawalczyć o swoje zwierzęta. Scena, gdy zmuszony do udziału w napadzie wraca do splądrowanego mieszkania, by uratować zamkniętego w zamrażarce psa, należy chyba do najlepszych, jakie w tym roku widziałam.

Słuchaj, według mnie psy są tu na pierwszym planie! Nie wiem, za co dali mi w Cannes tę nagrodę, bo to film o nich. Wszystkiemu przyglądamy się z ich punktu widzenia – Matteo właśnie tak o tym opowiadał. My, aktorzy, stoimy tylko gdzieś w kącie.

Przez te wszechobecne zwierzaki nigdy nie mogłem pozwolić sobie na chwilę odpoczynku. Kiedy pies się znudzi, nie stoi w miejscu, tylko idzie się bawić. I wytłumacz takiemu, że musicie jeszcze raz powtórzyć ujęcie [śmiech]. Musiałem ciągle reagować na to, co robią, dbać, by każda scena było choć trochę inna. Matteo zresztą też szybko się nudził, gdy coś zbyt często powtarzaliśmy. Ciężka sprawa – musieliśmy improwizować na planie, żeby nie uciekły nam psy, a reżyser nie zasnął.

Podobno nauczyłeś się, jak się nimi opiekować? 

Jak inaczej mógłbym zagrać tego faceta? Przez trzy miesiące pracowałem w salonie fryzjerskim dla psów. Jako aktor, musisz szanować wykonywaną przez kogoś innego pracę. Muszę zrozumieć na czym polega, na czym polegają największe trudności. Co oznacza, kiedy do wieczora myjesz cudze psy, rozczesujesz ich sierść i jak się z tym potem czujesz. Trzeba to zrozumieć. Rany, przez te trzy miesiące umyłem całe mnóstwo psów. Nauczyłem się je odpowiednio suszyć, nauczyłem się o nie dbać. Wiem jak powinny wyglądać, jaką mieć posturę. W filmie możesz wygłaszać całe mnóstwo kwestii, a i tak mówi przede wszystkim twoje ciało. A jak ma to zrobić jeśli nie wiesz co robić i nie znasz odpowiednich ruchów? Kamera od razu wyłapuje takie błędy. Miałem już w życiu tyle różnych zawodów, że jeden więcej jakoś mnie nie przeraził. Dzięki temu zawsze mogę powiedzieć, że Dogman na coś mi się przydał.

I teraz nie potrafisz już opędzić się od zwierząt. Twój debiut reżyserski, Asino vola, opowiada o chłopcu, który potrafi z nimi rozmawiać. 

Zawsze były obecne w moim życiu. Wychowałem się na wsi, moja rodzina pracowała na roli. To zresztą moja własna historia, bo razem ze [współreżyserem] Paolo Tripodim opowiadamy w nim o biednym dzieciaku, który marzy o muzykowaniu, a nie stać go na to, żeby kupić sobie prawdziwy instrument. Dobrze to znam. Gadający osiołek wyobraża tu jego sumienie, a kura – strach. Chciałem zrobić ten film od wielu lat i wreszcie udało mi się spotkać ludzi, którzy mi w tym pomogli. Nakręciliśmy go w miejscu, gdzie sam dorastałem. Długo czekałem na jego premierę [film ukończono w 2015 roku], a teraz wychodzi na to, że w tym samym czasie będę miał w kinie aż dwa filmy. Oby nie ostatnie.

Jakiś czas temu powiedziałeś, że w swoich filmach chciałbyś walczyć w imieniu prostych ludzi. Co przez to rozumiesz?

Sam jestem prostym człowiekiem. Takim jak każdy. Nie zawsze było mi łatwo, więc teraz też chcę pokazywać ludzi, którzy cierpią. Którym wiecznie brakuje pieniędzy, którzy wstają każdego ranka o świcie i idą do słabo płatnej pracy. Mają marzenia i plany, a życie nie zawsze pozwala im je spełnić. A mimo to i tak dalej walczą o to, w co wierzą.

Włoskie kino, a zwłaszcza to neorealistyczne, często o nich wspominało. I chyba ciągle to robi, bo Dogman też opowiada o tych, na których zwykle nie zwraca się uwagi. To bardzo prosta historia. 

I łatwo ją zrozumieć. Choć pokazywaliśmy już film w bardzo różnych miejscach, w Sarajewie, we Francji, i nie raz okazywało się, że ludzie odbierają go czasem zupełnie inaczej niż my. Wydaje mi się, że filmy nie zmieniają ludzi. To ludzie zmieniają filmy. Zauważają w nich zupełnie nowe rzeczy. Dlatego tak bardzo lubię spotkania po projekcjach. Kiedy okazuje się, że po wysiedzeniu tych kilku godzin komuś chce się jeszcze zostać przez chwilę w kinie i porozmawiać o tym, co zobaczył… To coś pięknego. Dla mnie to chyba największy sukces. To tak, gdy ktoś dobrze sobie podje i nie chce mu się jeszcze wychodzić z restauracji. Rozmawia ze znajomymi, docenia to, co zjadł. Jako aktor czuję się trochę jak kelner. Mam tyle ludzi do obsłużenia, muszę im przynieść to, co zamówili i jeszcze odpowiednio podać. Bo jeśli po chamsku rzucę im jedzenie na stół, trudno, żeby to docenili. Dobrego dania nie wystarczy dobrze przygotować, trzeba go jeszcze odpowiednio zaprezentować. To ważne. W kinie zresztą też.

Bardzo łatwo pokochać graną przez ciebie postać. Także dlatego, że Marcello do końca zachowuje niewinność. Nawet wtedy, gdy przekracza kolejną granicę. 

Nie ma w nim ani odrobiny agresji. Wiele kobiet powiedziało mi, że jest kobiecy. Nie zniewieściały, tylko właśnie kobiecy. On nie walczy o sprawiedliwość, nie szuka zemsty. Wszystko co robi, robi by przeżyć. Przemoc nie ma dla niego większego sensu, nie widzi w niej nic pociągającego. Simone go wykorzystuje, a on chce tylko szacunku. Pragnie spokoju. Nie ma na niego co liczyć, więc oddala się od córki – mieszkającej zresztą z matką – bo nie chce jej skrzywdzić. Oddala ją od swoich problemów.

Kiedy po raz pierwszy postanowiłeś, że chcesz zająć się kinem? Twój brat, scenograf, potrzebował muzyka i to właśnie dzięki niemu po raz pierwszy trafiłeś do Rzymu, ale nie zostałeś aktorem od razu. 

A kto nim zostaje? Najwyżej kilku nastolatków. Nie jest tak, że ktoś od razu wie, co chce w życiu robić. Jedno prowadzi do drugiego i idziesz dalej, krok po kroku. Nie da się od razu spełnić wszystkich marzeń. Może to i lepiej, bo dzięki temu jest na co czekać.

Najpierw chciałem zostać scenografem i robić najpiękniejsze scenografie na świecie. Przez chwilę nawet mi się udawało. Potem trafiłem do telewizji, jeszcze później postanowiłem spróbować teatru i trafiłem do kina [śmiech] Myślę, że to wszystko wydarzyło się we właściwym momencie. Wcześniej nie byłbym na to gotowy.

Przez jakiś czas byłeś też statystą. Matteo Garrone opowiada wszystkim o tym, jak pracując na planie Gangów Nowego Jorku postanowiłeś zrobić sobie zdjęcie z Leonardo DiCaprio. 

Matteo o tym opowiadał? Teraz wszystko rozumiem, bo zastanawiałem się, skąd ludzie o tym wiedzą. To dziwaczna historia. Nie wiedziałem jeszcze nic o kinie i nikogo nie znałem. Byłem wtedy w Rzymie i faktycznie znalazłem pracę na planie nowego filmu jakiegoś Martina Scorsese. Nie wiedziałem, co to za jeden. Myślałem, że może jakiś Szkot [wł. scozzese].

To dopiero było przeżycie. Jak już ci mówiłem robiłem kiedyś scenografie, a te były niesamowite. Wchodziło się do Cinecittà [największego studia filmowego we Włoszech], a wychodziło w Ameryce w XIX wieku. Wszędzie nosiłem ze sobą aparat, robiłem zdjęcia i śpiewałem, bo lubię śpiewać, gdy pracuję. Raz kręciliśmy scenę w porcie, no i wlazłem na DiCaprio. Wszyscy mieliśmy na sobie kostiumy, a obok leżał jakiś facet z ogromnymi wąsami i odpoczywał. No to go proszę, żeby zrobił nam zdjęcie. Inny statysta dziwnie mu się przyglądał, a kiedy sobie poszedł powiedział: „Ej, wiesz kogo poprosiłeś właśnie o zrobienie zdjęcia? Daniela Day-Lewisa.”

Ciekawe, czy poczuł się obrażony, że byłeś zainteresowany tylko DiCaprio?

Właśnie dlatego nikomu o tym nie mówiłem! Kiedy Matteo zobaczył to zdjęcie, od razu zaczął się śmiać. Twierdzi, że najbardziej podoba mu się to, że nie jestem na nim sam. Nie pokazuję, że jestem super i zrobiłem sobie fotkę z DiCaprio, bo wokół nas stoją też inni statyści. Stanowimy grupę i nikt nie jest mniej ważny. Teraz zresztą znowu spotkałem Martina Scorsese. Widzisz? Życie właśnie takie jest.

W Cannes powiedziałeś, że jedyna rzecz jaka się liczy to praca. Nie festiwale ani nagrody. 

Tak, bo sztuka wymaga pracy.

Ale moment, gdy na scenie pojawił się Roberto Benigni, a ty odebrałeś Złotą Palmę, na pewno był wyjątkowy. 

Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Te wszystkie gwiazdy, eleganckie garnitury. Prawdziwe święto kina, a my byliśmy grupą zwykłych szaraków. I nagle okazało się, że wcale nie trzeba wyglądać jak oni, mieć znajomości ani się promować. Wystarczy tylko dobrze wykonać swoją pracę, i czasem ktoś to doceni. Tylko to się liczy. Tak samo jest chyba z dziennikarzami? Kiedy jakiś dzieciak, który wcześniej o Cannes tylko słyszał, a potem wreszcie tam pojechał, spał na czyjejś podłodze i nie wcisnął się na żaden film, nagle przeprowadza tam wywiady. Takie festiwale to wyjątkowa chwila dla nas wszystkich. Kiedy wyczytano moje imię, poczułem bijące od wszystkich ciepło i nagle te wszystkie podziały jakby przestały istnieć. Przez chwilę byliśmy tam razem i nikt nie był mniej ważny. Trochę jak na moim zdjęciu z DiCaprio.

 

Wywiad ukazał się na Onet.pl.

 

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu obserwuj nas na Facebooku.

 

Marcello Fonte

Włoski aktor, który zadebiutował rolą w 'Gangach Nowego Jorku' Martina Scorsese. Uhonorowany Złotą Palmą za główną rolę w 'Dogmanie'. Ma zdjęcie z Leonardo DiCaprio.

Komentarze

Napisane przez:

marta.balaga@gmail.com

Dziennikarka filmowa publikująca w Polsce i za granicą. Pisze m.in. dla "Episodi", "Sirp Eesti Kultuurileht", "La Furia Umana" oraz "Dwutygodnika". Współpracuje z wieloma festiwalami filmowymi, w tym z Helsinki International Film Festival. Uwielbia kino kultowe wychodząc ze (słusznego) założenia, że każdy film powinien być o zombie.