Karlowe Wary 2018: Najlepsze filmy

Choć ceremonię zamknięcia zdominowała boleśnie szczera przemowa Roberta Pattinsona, przyznającego, że zawsze chciał przyjechać do Czech, bo podobno „łatwo tu o nagrody i imprezy”, podczas 53. edycji festiwalu nie zabrakło też niezłych filmów. Kryształowy Glob ostatecznie przyznano rumuńskiemu reżyserowi Radu Jude za przerażający aktualnością I Don’t Care if We Go Down in History as Barbarians – niezły, ale naszym zdaniem nieco zbyt zapatrzony w siebie film o próbie rekonstrukcji masakry żydowskiej społeczności Odessy. Radu Jude porównywano na scenie do Orsona Wellesa i Claude’a Lanzmanna, a potem omal nie wpuszczono na imprezę za brak krawata. Takie rzeczy tylko w Karlowych Warach. 

King Skate

Przezabawny dokument Šimona Šafránka o pierwszych skaterach byłej Czechosłowacji polubiliśmy już od momentu, gdy jeden z mocno posiwiałych bohaterów (w tym syn Miloša Formana) przyznaje się do wykorzystywania w budowie deskorolek części granatów ręcznych. Zresztą nie tylko granatów, bo King Skate nie bez powodu oparty jest na książce o barwnym tytule Pocięliśmy deski do mięsa – w przeciwieństwie do swoich amerykańskich kolegów, czechosłowaccy sportowcy o wszystko musieli zadbać sami. Do tego ani o deskorolkach, ani o historii nic właściwie wiedzieć nie trzeba, bo Šafránek sięga po materiały archiwalne nakręcone przez nastoletnich jeszcze wtedy bohaterów i zamiast sztywnego dokumentu otrzymujemy szalony film o nieskrępowanej niczym młodości. Bardzo sympatyczny, choć za swoje niepoprawne politycznie poglądy panowie dostaną pewnie jeszcze niezły wycisk. „Nigdy nie lubiłem kobiet jeżdżących na deskach, ale niektóre z nich nieźle wyglądały” – mówi jeden z nich. Nieładnie.

The Miseducation of Cameron Post

Film Desiree Akhavan miał swoją premierę na Sundance i faktycznie wygląda dokładnie tak, jak film pokazywany na Sundance wyglądać powinien. Oparty na podstawie powieści Emily M. Danforth opowiada o osieroconej Cameron (Chloë Grace Moretz), przyłapanej przez własnego chłopaka na seksie z inną dziewczyną podczas studniówki. Jej ciotka od razu wysyła ją więc do dziwacznego ośrodka, który ze zmagających się z homoseksualizmem nastolatków ma zrobić dobrych chrześcijan.

Najbardziej zaskakuje chyba to, że choć spokojnie mogłaby sobie na to pozwolić, Akhavan wcale nie wyśmiewa się tu z religii ani poglądów, które trudno dziś chyba zrozumieć. Jej film jest pełen ciepła i humoru, czasem przypomina sobie też, że mowa o latach 90. i Moretz zaczyna nagle śpiewać do What’s up zespołu 4 Non Blondes. Krótko mówiąc, świetnie się to ogląda. A sam kawałek ciągle chwytliwy.

Bridges of Time

Choć w festiwalowym katalogu określono go mianem – brrr – „kontemplacyjnego”, postanowiliśmy zaryzykować i dobrze się stało: dokument Kristīne Briede i Audriusa Stonysa zrobił na nas ogromne wrażenie. Nic dziwnego – ten ostatni nakręcił niedawno film o kobiecie siedzącej na lodowcu, w którym zupełnie nic się nie działo, a też nam się podobał. Tym razem para przygląda się filmowcom, którzy w latach 60. współtworzyli bałtycką nową falę poetyckiego dokumentu. Skrępowani cenzurą, szukali nietypowych rozwiązań i przemycali w swoich filmach informacje czytelne tylko dla nielicznych. „Mieliśmy kamerę i czas” – wyjaśnia jeden z nich. Bridges of Time zachęcił nas do obejrzenia wspominanych w nim tytułów, dotarliśmy też na spotkanie z ich twórcami, którzy przerzucali się anegdotami. Ale wszystkich i tak przebiła łotewska reżyserka Laila Pakalnina, która na pytanie, czy w swoich filmach rozwija ich styl odpowiedziała: „Eee, nie. Ale wczoraj byliśmy razem na imprezie i teraz łączy nas już prawdziwa więź.” Prawidłowo.

Jiří Menzel – To Make A Comedy Is No Fun

Nie bardzo wiadomo, o czym tak naprawdę jest ten film, ale jakoś nam to nie przeszkadza – z panem Menzlem mieliśmy kiedyś przyjemność pogadać i dobrze wiemy, że jego anegdoty bywają przednie. Robert Kolinsky też chyba chciał ich posłuchać, więc daje mu się wygadać. Wypowiadają się też dawni przyjaciele i nagle okazuje się, że Forman miał w domu DVD Licencji na miłość. Straszne.

A sam Menzel? Siedzi sobie i opowiada, jak to zawstydzały go pochwały Hitchcocka, bo nie widział jego filmów, a z Hrabalem dzieliło go prawie wszystko, bo tamten lubił piwo, a on już nie bardzo. Narzeka też, jak po wygranej za Pociągi pod specjalnym nadzorem stał się dla wszystkich tylko „zdobywcą Oscara” (choć w Chorwacji nazwano go akurat laureatem nagrody Nobla), a potem pokazuje niezliczone dyplomy i wyróżnienia, strategicznie umieszczone w toalecie. Swoją drogą, jego przemowa należy chyba do najkrótszych w historii nagród Akademii. Szkoda, że nie dostał za to skutera wodnego.

Sueño Florianópolis

Choć Radu Jude zgarnął główne tegoroczne wyróżnienie, ku naszej cichej satysfakcji aż dwa przypadły też komediodramatowi Any Katz – i bardzo słusznie, bo choć Sueño Florianópolis jest filmem znacznie skromniejszym, z pewnością zasługuje na uwagę.

„Dlaczego ci wszyscy Argentyńczycy przyjeżdżają do Brazylii? Nie macie tam plaży?” – burczy ktoś na widok kolejnego wypakowanego po sam dach samochodu wiozącego kolejną rodzinę z Buenos Aires, przekraczającą granicę w poszukiwaniu lepszej oferty. Z tym, że ta rodzina jest akurat dość nietypowa, a rodzice od dawna przebywają w separacji. O czym na czas wakacji dzielnie postanawiają zapomnieć, ale na krótko – wystarczy chwila, a nowe seksualne konfiguracje mocno skomplikują wspólny wyjazd. Mercedes Morán, nagrodzona za rolę dobiegającej pięćdziesiątki Lucrecii, kradnie cały film jako kobieta, która wreszcie zapomina na chwilę o innych i skupia się na sobie. Blog blogiem, ale chyba trzeba wreszcie pojechać na wakacje. Najwyraźniej dobrze to na człowieka wpływa.

Komentarze

Napisane przez:

marta.balaga@gmail.com

Dziennikarka filmowa publikująca w Polsce i za granicą. Pisze m.in. dla "Episodi", "Sirp Eesti Kultuurileht", "La Furia Umana" oraz "Dwutygodnika". Współpracuje z wieloma festiwalami filmowymi, w tym z Helsinki International Film Festival. Uwielbia kino kultowe wychodząc ze (słusznego) założenia, że każdy film powinien być o zombie.