Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi – recenzja filmu

Nowa nadzieja


Jak dobrze, że czasy prequeli Lucasa już dawno za nami, a Jar Jar Binks stanowi – brrr – tylko odległe wspomnienie. Do tego po świetnym, choć nieco mało oryginalnym Przebudzeniu Mocy (Gwiazd Śmierci bywa jednak czasem za dużo), wreszcie przyszedł czas na film, który nie boi się trochę w znanym wszechświecie namieszać.

Niespodzianka tym większa, bo wydawało się przecież, że Ostatni Jedi będzie kolejnym Imperium kontraatakuje, że tu też będzie się młodych Jedi trenować i zwalczać w jaskiniach własne demony. A tu nic z tego, to nie Dagobah – mówi znany z Loopera Rian Johnson i żarty sobie stroi z naszych przyzwyczajeń. Na szczęście poczucie humoru ma przednie: choć amerykański reżyser nie boi się wzruszeń, kiedy już bawi, to na całego. I wykorzysta do tego nawet… żelazko.

Pewnie, idealnie nie jest – film jest znacznie za długi, a z udziału rozpoznawalnych aktorów (w tym wyglądającej jak staruszka po wielkanocnej płukance do włosów Laury Dern) naprawdę można było spokojnie zrezygnować. Johnson próbuje zrobić naraz absolutnie wszystko: odświeżyć znaną na pamięć konwencję, przypomnieć starych bohaterów jednocześnie przedstawiając nowych, pośmiać się i popłakać. Zupełnie jakby się bał, że lada chwila jego też zastąpi Ron Howard i koniec, pozamiatane – już się więcej nie pobawi. Niepotrzebnie. Od samego początku widać, że doskonale rozumie ten klimat. Brakuje mu tylko odrobiny luzu, chwili zapomnienia, że to TE GWIEZDNE WOJNY. Następnym razem (bo wiadomo już, że będzie) pewnie nie będzie miał z tym problemu.

Są w Ostatnim Jedi sceny, które robią piorunujące wrażenie. Zwłaszcza pod względem wizualnym, bo – a jest to stwierdzenie, które nie przychodzi nam łatwo – to chyba najbardziej dopracowana pod tym względem część sagi. Ale co z tego, jeśli po chwilach nieskrępowanej filmowej radochy [spoiler] księżniczka Leia odwala nagle Mary Poppins i całe wzruszenie przechodzi człowiekowi jak mechaniczną ręką odjął.

Johnson mógł sobie zostawić kilka rzeczy na potem, a kilka wątków wyciąć w ogóle, bo w kasynie w Canto Bight podobało się chyba tylko Justinowi Theroux. Ale wiecie co? Choć kilka razy od tego, co na ekranie bardziej zaciekawiła nas zawartość naszego pudełka z popcornem, dopiero teraz zaczęło się robić naprawdę ekscytująco. Nie tylko z powodu małych Porgów.

Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi
3 Nasza ocena
Criterion 1

 

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu obserwuj nas na Facebooku.

 

 

 

Komentarze

Napisane przez:

marta.balaga@gmail.com

Dziennikarka filmowa publikująca w Polsce i za granicą. Pisze m.in. dla "Episodi", "Sirp Eesti Kultuurileht", "La Furia Umana" oraz "Dwutygodnika". Współpracuje z wieloma festiwalami filmowymi, w tym z Helsinki International Film Festival. Uwielbia kino kultowe wychodząc ze (słusznego) założenia, że każdy film powinien być o zombie.