Dunkierka – recenzja filmu

Lekcja historii z Nolanem

 

Jeżeli Christopher Nolan straci kiedyś serce do pracy jako reżyser filmowy (bo zwolnienie mu raczej nie grozi), śmiało mógłby odnaleźć się w roli nauczyciela. Historii to oczywiste, ale może też etyki czy nawet filozofii. Choć raczej z tych ekscentrycznych i nieszablonowych, na wzór Johna Keatinga ze Stowarzyszenia Umarłych Poetów. Lekcja, którą Nolan daje nam w swoim nowym filmie Dunkierka, tak właśnie wygląda, dzięki czemu na długo zostaje w pamięci.  

Nie wiem nawet, od czego zacząć, bo dla mnie to kino oszałamiające i w zasadzie niemające słabych stron. Zaburzając chronologię, w czym notabene Nolan się specjalizuje – nawet patetyczne zakończenie, zamiast irytować, szczerze wzrusza. To odrobina humanizmu, w rzeczywistości zupełnie jej pozbawionej. Bo tak jedno z ważnych wydarzeń II wojny światowej, jakim była ewakuacja wojsk alianckich z plaży Dunkierki wiosną 1940 roku, przedstawia Nolan. „Zobaczyć dom nie znaczy wrócić” – to jedno z pozbawionych nadziei zdań, jakie pada w tym filmie. Dialogów jest tu w ogóle jak na lekarstwo. Nic dziwnego, skoro na dobrą sprawę nie poznajemy nawet bliżej bohaterów trzech perspektyw, jakie splata ze sobą reżyser. Umiejętnie, jak na siebie przystało, mieszając przy tym porządki czasowe. Jeden z protagonistów głównie milczy (Fionn Whitehead), drugi chowa się za maską pilota (Tom Hardy). Więcej dowiadujemy się jedynie o trzecim, zwyczajnym mężczyśnie (Mark Rylance), wyruszającym swą łodzią pośród setek innych na pomoc uwięzionym na plaży żołnierzom. Ale i te informacje okazują się ledwie szczątkowe.

Nolan zamiast na bohaterach skupia się na samym wydarzeniu, pokazując wojenny koszmar bez skierowania kamery na przeciwnika. Uosabiają go jedynie przecinające niebo samoloty, wybuchające bomby i dziurawiące kadłuby łodzi pociski. Dunkierka jest kolejnym dowodem na to, jak ważnym narzędziem ludzkiej percepcji jest wyobraźnia. Gdy inne filmy wojenne szokują naturalizmem w obrazowaniu, a na naszych oczach rozczłonkowane zostają kolejne ciała, Nolan uderza w najczulsze punkty naszej psychiki. Pokazuje popadających w paranoję żołnierzy we wnętrzu niewielkiego kutra czy pilota, który na skutek zablokowania się włazu samolotu, jaki posadził wcześniej bezpiecznie na wodzie, może utonąć. Wrażenie potęgują analogiczne efekty specjalne, dodające filmowi niezbędnej patyny. Bo Dunkierka, mimo potężnego budżetu, nie jest kolejną studyjną produkcją, gdzie równie dużo czasu, co na planie, spędziło się przed ekranem komputera.

Brytyjski reżyser cyzeluje każdy kadr, w czym duża też zasługa operatora i byłego studenta łódzkiej Filmówki Hoyte Van Hoytemy. Panowie współpracowali już trzy lata temu przy Interstellar i widać, że rozumieją się bez słów. W równej mierze Dunkierka staje się zatem doświadczeniem wizualnym, z którego zapamiętujemy konkretne, bardzo wyraźne obrazy, co dźwiękowym. Dawno nie oglądałem filmu, gdzie warstwa ta (za muzykę odpowiadał Hans Zimmer) odgrywałaby tak dużą narracyjną rolę. Autorska superprodukcja brytyjskiego reżysera wzbudza skojarzenia z kinem wojennym, ale tym filozofującym, od Francisa Forda Coppoli po Terrence’a Malicka. I podobnie jak ich próby opowieści o okrucieństwie wojny, Dunkierka jest dla mnie dziełem spełnionym.

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu obserwuj nas na Facebooku.

Dunkierka
5 Nasza ocena
Criterion 1

 

 

Komentarze

Napisane przez:

kuba.armata@gmail.com

Dziennikarz filmowy. Pisze m.in. dla "Dziennika Gazety Prawnej", "Kina", "Magazynu Filmowego" czy Wirtualnej Polski. Autor ponad dwustu rozmów z ludźmi kina m.in. z Davidem Lynchem, Darrenem Aronofskym, Alanem Parkerem czy Xavierem Dolanem. Programer festiwali Netia Off Camera i Forum Kina Europejskiego Cinergia. Członek Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych Fipresci.