Cannes 2018 – podsumowanie

71. edycja festiwalu w Cannes jest już historią. I całe szczęście, bo jeszcze ze dwa dni i by nas stamtąd wywozili na sygnale. Zobaczcie co nam się podobało, a co trochę mniej.

 

SHOPLIFTERS
reż. Hirokazu Kore-eda
4/5

Tak, to prawda: gdy Złota Palma powędrowała w ręce Hirokazu Kore-edy, wszyscy wydawali się tym faktem dość zaskoczeni. Zaskoczeni, ale nie rozczarowani, bo Shoplifters zgodnie uznano za jeden z najlepszych filmów w konkursie głównym. W przeciwieństwie do wielu kolegów po fachu, którzy od razu postawili na emocjonalny szantaż, Kore-eda po raz kolejny udowadnia, że robi dokładnie takie kino, jakie chce, i nie musi nikomu zupełnie nic udowadniać. Historia dręczonej przez rodziców małej dziewczynki, która trafia pod przeciekający nieco dach rodziny drobnych cwaniaczków i złodziejaszków, bardzo nas wzruszyła – także dlatego, że jakimś cudem nie znajdzie się tu za grosz taniego sentymentalizmu. Czego nie można powiedzieć na przykład o Capernaum Nadine Labaki, uważanym za faworyta przez ludzi, z którymi chyba nie moglibyśmy się przyjaźnić. Mały, niepozorny film, na którym nagle skupiła się uwaga całego filmowego światka. I to w pełni zasłużenie.

 

THE MAN WHO KILLED DON QUIXOTE
reż. Terry Gilliam
1/5

Po ponad 20 latach niepowodzeń Terry Gilliam wreszcie zaprezentował w Cannes film, który stał się już środowiskową legendą. Do samego rozpoczęcia festiwalu nie było zresztą wiadomo, czy mu się to uda – pozwany przez producenta dosłownie w ostatniej chwili, gdy my oglądaliśmy sobie filmy, Gilliam oczekiwał na werdykt. Udało się, ‚The Man Who Killed Don Quixote’ zamknął tegoroczną edycję. I to by było na tyle, jeśli chodzi o dobre wiadomości.Choć wreszcie udało mu się zrealizować marzenie życia, na ekranie z ambitnego projektu, w którym początkowo miał grać Jean Rochefort, a potem John Hurt, nie pozostało już nic – tylko krzykliwa, bezsensowna farsa, wyglądająca – a przecież mowa o TERRY’M GILLIAMIE – naprawdę fatalnie. Stellan Skarsgard biega w obcisłych rajstopach po zamku rosyjskiego oligarchy, Adam Driver przeklina i zdejmuje gacie, a Jonathan Pryce, bo to jemu ostatecznie przypadła rola błędnego rycerza, zachęca do zjadania zdechłych koni. „Prawdziwa tortura” – wysapał kolega po fachu, gdy przygnębieni opuszczaliśmy seans. No cóż, niektóre filmy chyba po prostu nie chcą powstać. Może czasem warto ich posłuchać.

 

DOGMAN
reż. Matteo Garrone
4.5/5

No to chyba właśnie mamy nasz ulubiony film tegorocznego canneńskiego konkursu. Musieliśmy czekać niemal do samego końca, ale było warto. Wszystko za sprawą włoskiego reżysera Matteo Garrone, mającego w swoim dorobku takie produkcje jak ‚Gomorra’ czy ‚Pentameron’. ‚Dogman’ to jego kolejna mroczna baśń, utrzymana raczej w surowym stylu, z fenomenalną wręcz rolą Marcello Fonte. Jeśli nie dostanie on nagrody to ktoś tu się nie zna i dla podpowiedzi, nie jesteśmy to my. Garrone opowiada popularną we Włoszech historię kryminalną, którą ponoć jeszcze w latach 90. straszono dzieci. Skonsultowaliśmy fabułę z prawdziwą specjalistką w tym temacie Diana Dąbrowską i okazuje się, że włoski reżyser złagodził nieco całą historię, co nam jednak w żadnym stopniu nie przeszkodziło. No i jak można nie lubić kogoś, kto tak bardzo lubi piesełki?

 

THE HOUSE THAT JACK BUILT
reż. Lars von Trier
3,5/5

Po wywołanym w 2011 roku skandalu von Trier wrócił do Cannes za dobre sprawowanie. I, jak się okazało, niczego się w międzyczasie nie nauczył. Z pierwszego pokazu opowiadającego o seryjnym zabójcy ‚The House That Jack Built’ widzowie masowo się ewakuowali, czego zresztą zupełnie nie rozumiemy: nie takie rzeczy ogląda po godzinach bardziej porąbana połowa naszego bloga. Mimo to przyznajemy –praktycznej portmonetki zrobionej z odciętej wcześniej piersi ofiary się nie spodziewaliśmy. Poczucie humoru Lars wciąż ma dość wytrawne i choć nie jest to jego najlepszy film, i tak zasługuje na uwagę. Także dzięki niezłej roli Matta Dillona, któremu wreszcie pozwolono pobawić się w ‚Ludzką stonogę’ (nawet nie pytajcie). Podobno entuzjastyczne recenzje ‚Melancholii’ wywołały kiedyś u von Triera ciężką depresję. Tym razem wyjedzie z Cannes w znacznie lepszym humorze.

 

SOLO: A STAR WARS STORY
reż. Ron Howard
2/5

Zastanawiamy się czy festiwal w Cannes jest tak snobistyczny czy coś wisiało w powietrzu, bo na żaden inny film nie było tak małej kolejki, jak na kolejną odsłonę/odnogę sagi. Wychodzi na to, że to drugie i śmiało możemy powiedzieć, że gdybyśmy mieli taką wiedzę to byśmy na seans produkcji Rona Howarda w ogóle nie poszli. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia, bo nowe ‚Gwiezdne wojny’ są najzwyczajniej w świecie nudne jak flaki z olejem. A na dodatek w roli głównej potwornie irytujący i drewniany Alden Ehrenreich, którym straszyć powinno się wszystkich leniwych studentów wydziału aktorskiego w szkołach filmowych. Harrisonowi to on, co najwyżej może czyścić buty (i to nie wszystkie). Od jednej gwiazdki film ratuje Chewbacca i przepiękna Matka Smoków w roli Qi’ry. Nigdy nie spodziewaliśmy się, że ludzie gromadnie będą wychodzić z seansu ‚Gwiezdnych wojen’. Sad but true.

 

BLACKKKLANSMAN
reż. Spike Lee
2/5

Spike Lee, reżyser subtelny jak wymierzony prosto w nos cios cegłówką, kontraatakuje: w ‚Blackkklansman’ znowu robi dokładnie to, czego nie powinien. Choć zaczyna się całkiem przyzwoicie, szybko okazuje się, że i retro ciuchy, i nawiązania do blaxploitation służą tylko temu, żeby w ostatnich minutach filmu kolega Spike wreszcie mógł powiedzieć, co tak naprawdę myśli o obecnej administracji. Nie żeby wcześniej się ograniczał. Po dwóch godzinach coraz bardziej bezczelnej agitki apetyczna historia czarnoskórego policjanta, któremu (głównie przez telefon) udaje się zinfiltrować Ku Klux Klan przestaje bawić i nawet Michael Moore zaczyna wydawać się wytrawnym dyplomatą. Grający tu aktorzy mają pełne prawo poczuć się nieco wykorzystani. Widzowie zresztą też.

 

THE WORLD IS YOURS
reż. Romain Gavras
4.5/5

Nie chcemy się chwalić, ale Romaina Gavrasa odkryliśmy dobre kilka lat temu, kiedy na festiwalu Off Camera pokazywał swój intrygujący debiut ‚Our Day Will Come’. To w ogóle facet, którego nawet jak wam się wydaje że nie znacie, to i tak znacie. W końcu jest jednym z najbardziej cenionych reżyserów teledysków, a jego klipy zrealizowane z M.I.A. jak ‚Born Free’ czy ‚Bad Girls’ przeszły już do legendy. Do Cannes Gavras (notabene syn Costy Gavrasa) przyjechał z drugim filmem ‚The World Is Yours’, w którym totalnie się zakochaliśmy. Kino gangsterskie na wesoło, czyli coś w stylu Guya Ritchie. Tyle że Gavras jest w tym dużo zabawniejszy. A wydatnie pomagają mu Vincent Cassel i Isabelle Adjani na drugim planie. Fantastyczne kino, czego dowodem 10-minutowa owacja na stojąco po projekcji. Na szczęście dostaliśmy już potwierdzenie, że jeden z polskich dystrybutorów kupił film, w czym mamy chyba też swój mały udział.

 

ZIMNA WOJNA
reż. Paweł Pawlikowski
4.5/5

Doczekaliśmy się pierwszego znakomitego filmu w canneńskim konkursie i ku naszej uciesze okazała się nim ‚Zimna wojna’ Pawła Pawlikowskiego. Oczekiwania były ogromne, począwszy od głosów płynących z Polski po wczorajsze recenzje, które ukazały się zaraz po festiwalowej premierze. Śmiało możemy powiedzieć, że film im sprostał. Do tego stopnia, że zaryzykowalibyśmy stwierdzenie, iż ‚Zimna wojna’ lepsza jest od ‚Idy’. Nie mamy wątpliwości, że to jeden z najbardziej przejmujących melodramatów jakie w ostatnich latach widzieliśmy nie tylko w polskim kinie, ale w kinie w ogóle. Fenomenalne, utrzymane w czerni i bieli zdjęcia Łukasza Żala, kapitalne role z Joanną Kulig na czele, dla której część zagranicznych dziennikarzy chce ponoć porzucić swoje żony. Oprócz walorów artystycznych film Pawlikowskiego ma dwa one-linery, które zapamiętamy na długo: ‚Pies cie jebał, burżuju’ oraz ‚Kocham cię, ale muszę się wyrzygać’.

 

BORDER
reż. Ali Abassi
4/5

Nareszcie! Dzięki reżyserowi Ali Abassi wreszcie zobaczyliśmy pierwszy prawdziwie porąbany film tegorocznego festiwalu. Pierwszy i zapewne ostatni, bo bez względu na to, co się jeszcze wydarzy, nic podobnego już się pewnie nie pojawi. A szkoda. Im mniej o tym filmie wiadomo, tym lepiej, ale osobom szukającym spoilerów podpowiemy, że jest oparty na podstawie opowiadania szwedzkiego pisarza Johna Ajvide Lindqvista, autora znanej powieści ‘Wpuść mnie’. Dość wspomnieć, że grający jedną z głównych ról fiński aktor Eero Milonoff z entuzjazmem zżera żywe robale i – uwaga – jest to prawdopodobnie jedyna w miarę normalna rzecz, którą tu robi. Scena seksu, o której jeszcze pewnie nie raz będziemy się rozpisywać spowodowała, że siedzący obok nas staruszek najpierw się zawahał, potem gniewnie coś po francusku zamruczał, ale jednak został, bo w końcu rzadko można obejrzeć w kinie kopulujące trolle. O nie! A mieliśmy nic nie mówić.

 

YOMEDDINE
reż. Abu Bakr Shawky
2.5/5

Powiedzmy sobie szczerze: Cannes może i lubi odkrywać nowych artystów, ale na miejsce w Konkursie Głównym zwykle trzeba sobie trochę zapracować. Debiutujący Abu Bakr Shawky zapracować nie zdążył, ale łatwo zauważyć, czym przekonał do siebie selekcjonerów. ‚Yomeddine’ to dość sympatyczny, choć przewidywalny film drogi broniący się dużą dawką ciepłego humoru. Tym bardziej niespodziewanego, bo głównym bohaterem jest zdeformowany mieszkaniec kolonii dla trędowatych, gdzie w dzieciństwie porzucił go ojciec. Po śmierci żony wraz z zaprzyjaźnionym chłopcem i podstarzałym osiołkiem postanawia odnaleźć rodzinę i… rusza przed siebie. Jedno jest pewne: gdyby nie przejmujący Rady Gamal w roli głównej, po kilku dniach nikt by już o tym filmie nie pamiętał.

 

EVERYBODY KNOWS
reż. Asghar Farhadi
2/5

Miało być pięknie, a skończyło się jak zawsze. Festiwal w Cannes wciąż nie ma szczęścia do filmów otwarcia. Szkoda tym bardziej, że padło na Asghara Farhadiego, twórcę wybitnych przecież: ‚Co wiesz o Elly?’, ‚Rozstania’ czy ‚Klienta’. Podróż do Hiszpanii najwyraźniej mu nie posłużyła, bo nowej produkcji zdecydowanie bliżej do odcinkowej telenoweli (język też nie pomaga) niż temperatury poprzednich filmów. Zresztą sam tytuł wydaje się być idealny, bo po 30 minutach projekcji wszyscy doskonale wiedzą o co chodzi. Są też momenty niezamierzonego śmiechu, jak w scenie pewnej rozmowy Javiera Bardema z Penelope Cruz. Jeżeli tak wyglądają ich małżeńskie pogawędki, to dłuższego pożycia nie wróżymy. Duży zawód!

 

Dziękujemy, dobranoc!

 

 

 

 

Komentarze

Napisane przez:

armyy@o2.pl