Barry Seal: Król przemytu – mamy recenzję

Sztuka latania

 

Wygląda na to, że Tom Cruise świetnie czuje się w przestworzach. Ponad 20 lat temu czarował jako Maverick w Top Gun Tony’ego Scotta, dzisiaj robi to po raz kolejny, wcielając się w rolę Barry’ego Seala w nowym filmie Douga Limana. Nie mam wątpliwości, że to najlepsza kreacja Cruise’a od lat i prztyczek dla wszystkich tych, którzy wysyłali go na przedwczesną aktorską emeryturę. A sam film przypomina, za co tak bardzo lubimy kino amerykańskie.

Pytanie, na ile jest to zasługa reżysera, który w swojej dotychczasowej karierze nie wyszedł ponad pewien poziom (Mr. & Mrs. Smith, Jumper czy Fair Game), a na ile samej historii. Bo nie ma co ukrywać, że życiorys Barry’ego Seala to prawdziwy samograj. Amerykański pilot przez długi czas wodził za nos zarówno CIA, jak i narkotykowy kartel z Medellin, ze słynnym Pablo Escobarem na czele. Z jednej strony pracował dla rodzimego wywiadu, dostarczając unikalnych zdjęć lotniczych z niespokojnych politycznie terenów Ameryki Środkowej. Z drugiej potrafił zadbać o własny interes, organizując wyjątkowo trudną do wykrycia powietrzną siatkę przemytników narkotyków. Seal uosabiał amerykański sen, choć raczej ten spod znaku Ala Capone, hołdując najwyraźniej zasadzie: „Żyj szybko, umieraj młodo”.

Kino, zwłaszcza to zza oceanu, lubi takich bohaterów. Lubią ich także aktorzy, bo pozwalają, nomen omen, rozwinąć skrzydła. To w Barrym Sealu… staje się udziałem Toma Cruise’a, który dobrze prezentuje się nawet bez zęba na przedzie. Szybko powoduje, że zaczynamy z bohaterem sympatyzować, a jego przekręty odbieramy raczej jako przejaw sprytu i życiowej zaradności, a nie przestępstwo grożące wieloletnią odsiadką bądź wyrokiem wydanym przez wkurzonych mafiosów. Seal to taki kumpel z sąsiedztwa, z którym chciałoby się pójść na imprezę. A fantazji akurat odmówić mu nie można było, co przełożyło się także na ekranowy efekt. Porządny scenariusz, trzymająca w napięciu akcja i umiejętne zbalansowanie jej poczuciem humoru sprawiają, że niespełna dwie godziny projekcji mijają w okamgnieniu. Tylko ten Pablo Escobar jakiś taki niewyraźny, przynajmniej dla tych, którzy oglądali serial Narcos (a czy ktoś nie oglądał?).

Barry Seal: Król przemytu
4 Nasza ocena
Criterion 1

 

Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się na blogu obserwuj nas na Facebooku.

Przeczytaj inne RECENZJE z tego tygodnia.

 

Komentarze

Napisane przez:

kuba.armata@gmail.com

Dziennikarz filmowy. Pisze m.in. dla "Dziennika Gazety Prawnej", "Kina", "Magazynu Filmowego" czy Wirtualnej Polski. Autor ponad dwustu rozmów z ludźmi kina m.in. z Davidem Lynchem, Darrenem Aronofskym, Alanem Parkerem czy Xavierem Dolanem. Programer festiwali Netia Off Camera i Forum Kina Europejskiego Cinergia. Członek Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych Fipresci.